Znamię

with Brak komentarzy

Była zziębnięta. Siedziała tuż przy oknie w rozwalającym się autobusie. Nie przypuszczała, że takie pojazdy komunikacji miejskiej jeszcze wypuszczają na ulice miasta. Dawno nie wybierała się do centrum stolicy. Czasem jak trzeba było coś załatwić, Oleńka zawsze chętna do pomocy przywoziła, odwoziła, zabierała, przekazywała, kupowała, woziła do naprawy… Dziś jednak siedziała skulona, obejmując rękoma w futrzanych grubych rękawicach kolorowe pakunki. W autobusie panował przenikliwy ziąb. Wydawało się, że jest zimniej niż na zewnątrz. Mróz nakreślił na szybie plątaninę wzorków, którym teraz się przyglądała, starając się nie myśleć o zimnie. Jeszcze tylko trzy przystanki, odliczała w duchu, coraz mocniej ściskając pakunki, jakby to miało sprawić, że będzie jej cieplej. Przez mały otwór w mroźnych esach-floresach na szybie dostrzegała raz po raz kolorowe światełka, choinki oświetlone lampkami, świąteczne neony i śliczne witryny sklepowe przepełnione ozdobami. Za dwa dni Wigilia. Czas, który budził nostalgię, utracone chwile, do których przez wiele lat pragnęła powrócić, ale nie mogła znaleźć drogi. Westchnęła ciężko, wypuszczając gęstą parę z ust. Kątem oka spostrzegła, że siedzący przed nią młody mężczyzna odwrócił nieznacznie głowę w jej kierunku, po czym wrócił do lektury gazety. Znów spojrzała w okno. Jeden przystanek.

 

Nagle, jakby ukłuta cienką ostrą szpilą, odwróciła głowę przed siebie. Wbiła się wzrokiem w kark współpasażera. Szalik mężczyzny właśnie spełznął niżej na ramię, a ona nagle poczuła rozlewające się po całym ciele gorąco. Jej oczom ukazało się ciemnoczerwone znamię na karku mężczyzny, nieco z lewej strony, które plastycznie układało się w wijącego się nieco zdeformowanego węża. Zupełnie jak u niego… pomyślała, niezdolna do żadnego ruchu. Siedziała tak, bojąc się głośniej odetchnąć, jeszcze jakiś czas. Już nie czuła zimna. Nie czuła zmęczenia. Nie czuła nic, oprócz… wielkiego smutku. Nagle mężczyzna złożył gazetę i wstał, by przecisnąć się do wyjścia. Poderwała się za nim i chwiejnym nieco krokiem ruszyła ku wyjściu. Autobus zahamował z piskiem i wypuścił z swych czeluści pasażerów, którzy wysypali się na ulicę. Nie zdążyła zauważyć, w którą stronę poszedł. Zresztą jakie to ma znaczenie? Głupia baba – karciła siebie w myślach – po co w ogóle zostałam w tym autobusie… Rozejrzała się dookoła. Musiała przejść na drugą stronę ulicy, by poczekać na autobus powrotny. Usiadła na ośnieżonej ławce na przystanku. Pakunki ustawiła byle jak tuż obok. Z oka poleciała łza. To była łza wspomnień, które nagle wtargnęły do jej serca, po długich i uporczywych próbach zapomnienia, gdyż serce nie dawało rady znieść smutku i cierpienia. Śnieg padał na jej głowę, na stare znoszone futro. Przysypywał zziębnięte stopy w botkach z cienkiej skóry. A ona wciąż siedziała, i zdawało się, że nie widziała nic oprócz tego śniegu, który pada zupełnie tak jak wte-dy.

 

Zimą czterdziestego pierwszego prawie się nie widzie-li. Jego zabrali na front, a ona wraz z siostrami i schorowaną matką walczyły dzielnie podczas blokady miasta. Jakimś cudem udało mu się przekazywać do niej listy. W ostatnim zapewniał, że niebawem będą znowu razem. Nawet na froncie myślał tylko o niej. Kiedy udało się ocalić miasto, wydawało się, że teraz wszystko będzie prostsze. Zwyciężyli przecież! Jeszcze chwila i wojna się skończy, myśleli oboje. On ranny w nogę na linii frontu, ona głodująca w zimnym, opustoszałym Leningradzie. Miłość dawała im wielkie nadzieje. Wielkie nadzieje, niespełnione.

 

Kiedy wieźli ją w wagonie towarowym wraz z innymi kobietami, upchanymi tak, że nawet nie sposób było zmienić pozycji stojącej na siedzącą, myślała o nim. Jego przenikliwe bladoniebieskie oczy, nieco przydługi nos, dodający mu męskości. Jego długie chude ręce. I te dłonie, które tak mocno ją zawsze obejmowały. Włosy rozwichrzone, jakby żyły własnym życiem, sterczące w prawo i lewo, które lubiła dotykać. Jechali dzień i noc, kolejny dzień i kolejną noc. Nie wiedziała, ile upłynęło dni, ile nocy. Wciąż myślami była przy ich ostatnim wspólnym dniu, to było 24 grudnia, pamiętała to doskonale. Droga wreszcie dobiegła końca. Znalazła się w Niemczech w łagrze. Pełna miłości i nadziei, wierzyła, że już wkrótce się odnajdą. Tak mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Tygodnie sklejały się ze sobą, tworząc miesiące, które coraz bardziej oddalały ją od niego. Zamknięta w sobie, pielęgnowała uczucie do niego, odizolowując się od innych pracujących w tym obcym miejscu kobiet. Śmiały się, że wariatka. Jednak nie miało to żadnego znaczenia. Ona czekała, aż to wszystko się skończy, aż wróci do domu, aż znów będą razem. Czas mijał. Pewnego dnia, kiedy szła po drewno, zagrodził jej drogę pewien wojskowy. Tylko popatrzyli na siebie. Bez słowa minęła go. Przepuścił ją. Lecz następnego dnia znów się pojawił. Na trzeci dzień włożył jej do ręki skrawek papieru, a na nim napis: Jutro 5 rano za pralnią. Wywiozę cię stąd – szepnął i oddalił się czym prędzej. Kilka dni później byli w Szczecinie. Przez pierwsze miesiące był delikatny. Traktował ją porządnie, karmił, ubierał w miarę możliwości. A ona sprzątała, zajmowała się domem i wciąż tęskniła. Miłość do utraconego młodego mężczyzny wciąż tliła się w jej sercu. Pewnej nocy jednak, kiedy pan domu wszedł w nią gwałtownie, mocno trzymając za obie ręce, by nie zdołała się wyszarpnąć, schowała się gdzieś głęboko w jej ciele za wielkim wstydem i rozpaczą. Przez całe życie uważała, by nie pozwolić uczuciu powrócić. Zabiła dechami tęsknotę, zakneblowała usta nadziei.

– Nic pani nie jest? – poczuła szarpnięcie. Odwróciła się. – Długo tak pani siedzi? Nic się nie stało? Może wezwać pomoc? – około czterdziestoletnia kobieta zaczęła delikatnie strzepywać śnieg z jej futra i czapki.
– Nie, nie trzeba, dziękuję – wydukała. Wstała, chwyciła reklamówki z zakupami i niepewnym krokiem ruszyła ku podjeżdżającemu autobusowi.
– Babciu, nic się nie stało? Tak się martwiłam, tak długo cię nie było – Oleńka podbiegła do niej i zaczęła zdejmować z niej ubranie. – Zaraz zrobię ci herbaty. Ogrzejesz się. Nareszcie wróciłaś, wiesz, jak się zamartwiałam! Następnym razem pojedziemy razem i bez dyskusji.
Starsza kobieta tylko kiwnęła głową.
– Usiądź sobie – wnuczka wbiegła do kuchni. Po chwili dodała: – Jest u nas Patryk, uczymy się razem do historii XX wieku, jest z niej naprawdę dobry – zaśmiała się dźwięcznie, lecz ona już tego nie słyszała. Stała w drzwiach pokoju i wpatrywała się w znamię w kształcie węża na karku młodego człowieka, który siedział w jej starym mieszkaniu. Na karku, nieco po lewej… zupełnie jak u Niego, zupełnie jak wtedy…
– Czy twoim dziadkiem był Igor Iwanow? – wyszeptała po cichu.
Gość nagle podniósł głowę znad książki.
– Skąd pani to wie? – spytał zdziwiony.

fot. Sebastian Pichler, www.unsplush.com

Leave a Reply