Zapach malin. Część 5

with Brak komentarzy

Sanitariusz wszedł bez słowa i sięgnął po zeszyt. Leżał przez kilka dni tam, gdzie go wcześniej schował. Zastanawiam się, skąd ta pewność, że go stamtąd nie przełożyłam w inne miejsce. Przecież mogłam poprosić o to kogoś z personelu. On jednak wszedł, sięgnął, wziął i otworzył. Usiadł na tym samym taborecie, na którym siadają wszyscy. Choć tych wszystkich wielu nie ma. W zasadzie to jest ich zaledwie kilku. Pracownicy szpitala. Nikogo poza nimi. Nikogo z zewnątrz. Nikogo. Uzmysławiając to sobie, zdaję sprawę, że chłopak zaczyna czytać.

– „8 września 1941. Jest cicho. Wreszcie cicho. Mania śpi. Nawet nie płakała, kiedy to wszystko się zaczęło. Już nawet nie widać ognia. Sąsiadka przybiegła do mamy. Mówiła, że to Magazyny Badajewa się palą. A zapaliły się po nalotach na miasto. No i pewnie zniszczyli wszystko, co było w zapasie dla miasta. Rano trzeba jak najwięcej kupić do domu, ile się da. Było bardzo głośno, myślałam, że trafią w nasz dom. Taki huk. A Mania nic. Zdziwiona tylko machała rączkami. Boże, co to będzie z nami? Przecież nasi nie pozwolą im wejść do miasta. Nie pozwolą. Ojciec tam jest, brat mój, no i Aloszeńka. On nie pozwoli.

Jest już późno. Mama siedzi przy oknie. Mówiłam, żeby się odsunęła. Ona nie chce. Uparta jest, ale widzę, że się boi, choć próbuje to ukryć. Tylko po co? Mania jeszcze nie zrozumie. A ja? Ja wiem, że nie pozwolą im wejść, że nasi nie pozwolą!
Mania ma lepszy apetyt. Wreszcie jej wyszły dwójki. Teraz jak tylko daję jej piętkę chleba, to zaczyna pocierać nim o ząbki, śmiejąc się od ucha do ucha. To najważniejsze. Rano słuchałam gramofonu. Puszczałam taką piękną piosenkę o miłości. Mama schowała wtedy głowę, chyba się popłakała. Pewnie za tatą tęskni. A ja bym chciała zatańczyć walca”.
– Czy kolejny zapis jest już z inną datą? – pytam, kiedy chłopak zatrzymuje się na chwilę.
– Tak.
– Nie czytaj więcej.
– Dlaczego?
– Nie czytaj.
– Dobrze. Lepiej się pani czuje? – odkłada zeszyt na miejsce. Ociąga się przy tym, jakby chciał go zatrzymać. Milczę.
– Milczy pani. Mówili mi, że pani z nikim nie gada.
Stoi chwilę i mi się przygląda. Świdruję go wzrokiem. Jego spojrzenie jest łagodne. Jakby chciał oczami zadać mi jakieś pytanie, ale brakuje mu odwagi. Moje spojrzenie jest przepełnione złością. Jakbym chciała napluć mu w twarz. Po chwili odwraca wzrok.
– To do zobaczenia.

Kiedy wychodzi, nie mogę zebrać myśli. Nagle ponownie znalazłam się w świecie, w którym nikogo nie znam. W świecie, o którym nikt wcześniej mi nic nie mówił. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to życie, te osoby są ze mną nieodłącznie związane. Choć nie bardzo jeszcze wiem, w jaki sposób. Kim jest Mania? Co to za dziecko? Alosza? Nie znałam nikogo takiego. Mój pradziad nazywał się Iwan. Dziadek Aleksander. Jestem wykończona, chociaż to dopiero wczesna pora. Nie wiem, która to godzina. Niedawno był obchód. Zaraz przyjdą zmienić mi pozycję. Może poćwiczą ręce i nogi. Nie współpracuję. Nie mam siły. Wykańcza mnie myślenie. Wspomnienia są jak drzazgi, których nie mogę wyjąć. Zauważyłam, że przy większości ze wspomnień jestem obserwatorem. Budzi się we mnie widz, który ukryty za kurtyną wydarzeń, obserwuje bohaterów z boku. Jestem w dwóch miejscach. Jestem za kurtyną od strony widowni i jestem też tam, gdzie rozgrywa się akcja. Jest nas dwie. I póki wspomnienie nie dobiegnie końca, póki nie ulotni się z mojej głowy, póty nie dowiem się, która z nas jest prawdziwa, a która wyimaginowana. Tylko przy jednym rodzaju wspomnień jestem sobą. Kiedy pojawiasz się ty. A zawsze mi się wydawało, że właśnie przy tobie sobą nie jestem. Że przy tobie muszę grać, udawać, robić wszystko wbrew sobie samej. Na siłę. Uciekać, by nie wykończyć się byciem kimś innym. Jestem więc sobą czy nie? Kim jestem?

Ta dziewczyna była inna, wyczułam to, gdy ją przywieźli. Pomyślałam wówczas, że jest to typ niepokorny. Wielu z ludzi, którzy trafiają na nasz oddział, zachowuje się dziwnie. Z początku, jakby nie wierząc, że to, co ich dotknęło, będzie trwało do końca życia. Ich pierwsze dni w tym miejscu to sen. Sen na jawie. Sen, z którego – są tego pewni – zbudzą się już za chwilę. I kiedy mijają kolejne dni, mijają tygodnie, okazuje się, że wcale nie następuje przebudzenie. Nogi nadal są bezwładne. Kark się nie rusza. Kręgosłup boli, a ręce… to już zależy od stopnia porażenia, jakie następuje po urazie kręgów szyjnych. Najczęściej dzieje się tak na skutek wypadku samochodowego. Jedzie człowiek do rodziny, na wakacje, w delegację, do pracy, wiezie dzieci do szkoły, nagle w jednej sekundzie z pełnego życia, dostaje od losu ćwiartkę i zmienia się w inwalidę. Po pierwszych tygodniach przychodzi kryzys. Pojawiają się naszych głowach pytania, dlaczego to spotkało właśnie nas. Po kolejnych tygodniach cieszymy się, że żyjemy. Zaczynamy odczuwać dziwną ulgę, że prosto z wraku samochodu trafiamy tu, do szpitala, a nie zostajemy na szosie z czarnym workiem narzuconym na całe ciało i leżymy w ten mało humanitarny sposób, dopóki trwają oględziny miejsca wypadku. W tych wszystkich dniach, tygodniach, miesiącach nowego życia zazwyczaj ktoś z nami jest. Personel medyczny się nie liczy. To jest chwilowe otoczenie, które choć stara się przynosić fizyczną ulgę, nie uratuje ani psychiki, ani duszy. Dusza jest leczona ciepłym dotykiem i czułym słowem osoby bliskiej. Chociaż jednej.

Najwięcej pacjentów na oddział leczenia schorzeń i urazów kręgosłupa trafia latem. Rokrocznie mogę to zaobserwować. Jest to spowodowane większą liczbą wypadków samochodowych, skokami do wody, upadkami z drzew, czy skutkami niefortunnych prac polowych. Słyszałam o tym często. Zdarza się, że podczas upalnego miesiąca lekarze przyjmują nawet kilkunastu pacjentów, nasz szpital ugania się od amatorów wrażeń. I nic tu nie pomogą światowe statystyki, które podają, że częstość takich urazów szacowana jest w granicach dwudziestu – trzydziestu na milion mieszkańców.

Irena długo pozostawała w stanie oczekiwania. Lada dzień się zbudzi z koszmarnych snów. A kiedy wreszcie zrozumie, co się tak właściwie wydarzyło, pojawi się w niej ogromny bunt i gniew. Nie było u niej nikogo. Nikt nie wypowiedział żadnego słowa otuchy. Nikt nie pogłaskał po nieczującej nic ręce. Nikt nie ucałował w czoło, które trwało bez ruchu na usztywnionym karku. Było mi jej szkoda. Starałam się ją zagadywać, proponować pomoc. Jednak nie sposób jest dotrzeć do osoby, schowanej za mosiężnymi drzwiami własnego nieszczęścia. Pomimo leków i opieki medycznej, którą od nas otrzymywała, brakowało jej tego, co najważniejsze. Brakowało jej eliksiru, który w dramatycznej sytuacji ukoi, przywróci wiarę i dogoni, uciekającą w siną dal nadzieję. Brakowało jej miłości. Wczorajszej nocy mówiła przez sen. O malinach. I płakała.
– Ona z nikim nie rozmawia – uprzedziłam Sebastiana. Był słodkim młodzieńcem. Nieśmiałym okularnikiem. Chudym, na którym białe spodnie sanitariusza wisiały jak na kiju od szczotki.
– OK – burknął, poprawiając bezwiednie okulary palcem.
– Nie musisz do niej iść, wszystko jest tam zrobione – ciągnęłam. Nie wiem, czy chciałam go uchronić przed jej ignorancją, czy też obawiałam się, że może go opieprzyć za to, że zjawił się w jej królestwie nieproszony. Potem zdałam sobie jednak sprawę, że może to i lepiej, że ktoś do niej pójdzie. Nawet jeżeli tylko wejdzie, zerknie, przywita się i wyjdzie, nie usłyszawszy od niej żadnego słowa.
– Wiem, ale ja jej obiecałem – powiedział ledwie słyszalnie, jakby się bał, że zostanie to źle odebrane. Zdziwiłam się jego wyznaniem. Zaskoczył mnie, więc wypaliłam:
– No to idź, skoro obiecałeś.
Kiedy był już obok drzwi do jej pokoju, nie wytrzymałam, by się nie upewnić:
– Ale na pewno?
Tylko skinął głową i wszedł do środka.
Podeszłam do drzwi, które zostały uchylone. Nie chciałam podsłuchiwać, w żadnym razie. Moja ciekawość jednak była na tyle silna, że przyłożyłam ucho do framugi, chowając się za nią, rozglądając się na wszystkie strony, czy nikt nie zdemaskuje mojego zajęcia. Kiedy jednak usłyszałam, że Sebastian zaczyna jej czytać po rosyjsku, moje zdumienie przybrało na sile.
Dochodziły do mnie słowa, których nie rozumiałam, lecz wciąż słuchałam:
– „12 września 1941. Kilka dni chodzimy po sklepach. Kupujemy, co jest. A jest niewiele. Mama najpierw żałowała pieniędzy, bo podrożało wszystko, nawet zapałki. A teraz chodzi i szuka, u kogo można coś kupić, nawet jak chce za towar sto rubli. Z mąką się udało. W sklepiku, w którym Zina siedzi na kasie, akurat trafiliśmy na mąkę. Mamy makaron, trochę mięsa. Najdłuższa kolejka stała przy Piątej linii. Same kobiety. Mężczyźni w fabryce. Kobiety nie poszły. Mama postała i pobiegła do szpitala. Pomaga tam dużo. Ostatnio coraz częściej jej nie ma w domu. Martwię się, bo sama przecież nie za dobrze się czuła. Twierdzi, że pan doktor ją badał. Twierdzi, że nic jej nie jest.
Mania wszędzie ze mną. Jest taka grzeczna. Dziś w kolejce po chleb robiła śmieszne minki. Inne kobiety się śmiały. Gratulowały, że mam ją taką wspaniałą.

Na dworze coraz chłodniej. Już nie czuć lata. A to przecież wrzesień dopiero. Bywało, że do samej szkoły się w kolanówkach biegało. A teraz ubrałam Manię cieplej niż zazwyczaj i wciąż się martwiłam, że zmarznie. Tyle godzin na zewnątrz. W kolejkach. Mamy trochę zapasów.
Wieczorem byłam zmarznięta, ale to nic. Mania gaworzyła cały wieczór i szybko zasnęła. To chyba przez to, że była dużo na powietrzu. A ja tańczyłam. W myślach tańczyłam z Aloszą.”
Nie miało jednak sensu dalsze stanie pod drzwiami jej pokoju. Nie rozumiałam nic z tego, co dochodziło do mych uszu. Powlokłam się zatem do dyżurki, wyczekując na powrót chłopca. Zadzwoniła moja komórka.
– Cześć Staszek – powiedziałam zniżonym głosem. Zawsze, kiedy rozmawiałam z kimś przez telefon, będąc w pracy, ściszałam głos. Takie przyzwyczajenie.
– Mamy jutro rozmowę w sądzie, pamiętasz? – jego głos był zmęczony, pomimo tak wczesnej pory. W nocy była dostawa, musiał być przy rozładunku. A dziś pewnie wstał tuż po moim wyjściu do szpitala.
– Tak, pamiętam oczywiście – odezwałam się, a mój głos zdradzał niepokój.
– Denerwujesz się? – usłyszałam po drugiej stronie.
– Tak Staszku.
– Ja też.
Nastąpiła chwila ciszy. To trwa już tak długo. Nasze decyzje, podejmowane wspólnie. Godzinne rozmowy. Rozważania czy tak, czy nie. Czy damy radę? W końcu mamy swoje lata. Ludzie to nie zwierzątka do wzięcia. Nie zwierzątka.
– Wszystko będzie dobrze – nie wiedziałam do kogo należą te słowa. Czy powiedziałam to ja, czy mój mąż? To nie było w tej sytuacji istotne. Najważniejsze, że mamy wiarę w to, że wszystko się ułoży, że robimy dobrze. Musimy w to wierzyć, musimy.

Fragment powieści Mariki Krajniewskiej „Zapach malin” nominowanej do literackiej nagrody im. Reymonta

Photo by freestocks.org on Unsplash

Comments are closed.