Zapach malin. Część 4

with Brak komentarzy

Kroki miękkie i delikatne dziś częściej przemierzały korytarz. Odległość, jaką pokonywały, nie była duża. Nie mam pojęcia, dokąd szła. Kiedy kroki przybliżały się do mojego pokoju, nie minęły go jak dotąd. Zatrzymały się, ucichły. Usłyszałam skrzypnięcie drzwi. Za chwilę smuga światła z korytarza wdarła się nieproszona do środka. Oświetliła mój profil.

– Nie śpi pani? – szept.
– Nie – cichy głos.
– Czy mogę coś dla pani zrobić? – cichy głos.
– Nie – szept.
Chwila ciszy przywoływała normalność wieczoru.
– Dobranoc, w razie co, proszę… – cichy głos.
– Wiem. – wciąż szept.
Drzwi nigdy nie są zamknięte do końca. Pasek światła pozostał na podłodze. Drażniący, męczący, niepotrzebny. Ciężkie powieki opadły bez sił. Jakie to dziwne. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że powieki mogą być zmęczone. Nie ręce. Nie nogi. Powieki. Nerwy czaszkowe odpowiedzialne za mimikę twarzy są moimi bohaterami. Stawiam im w myślach pomnik i oddaję salwę honorową, wydymając usta i wydobywając z nich głuche i nic nie znaczące bum. Bum. Bum. Chcę przekręcić głowę, by ułożyć się lepiej, ale ból momentalnie daje o sobie znać. Bum – słyszę. To chyba w dyżurce.
– Na szczęście – oddziałowa ma zachrypnięty głos. Kaszel męczy ją już kilka dni.
– Tak się mówi – Zuzanna szura jakby porcelaną po stole. Może zbiła kubek? Albo talerz? – Teraz się przyda.
Brzęk zbieranych odłamków szkła kaleczy mój mózg. Wdzierają się we mnie, choć ledwo je słyszę. Czuję, że jeszcze chwila i wybuchnę. Jeszcze chwila i zacznę wyć. Jestem zbitym porcelanowym kubkiem, jestem talerzem roztrzaskanym w drobny mak.
– Decyzja, widzę, podjęta? – rozmówczyni miętosi coś w ustach, mówi niewyraźnie. Na moje usta już ciśnie się złośliwe „nie uczyła mama, że z pełną buzią się nie mówi”.
– Tak, byliśmy już w domu dziecka.
– Jesteś taka promienna, gdy to mówisz.
– Aż tak widać? – śmiech. Delikatny, dźwięczny. A więc ma na imię Zuzanna…
Łoskot spadających do metalowego kubła na śmieci odłamków porcelany wdziera się w mózg. Odruchowo marszczę czoło. Czuję narastający ból w skroniach.
– Chłopiec czy dziewczynka?
– I chłopiec, i dziewczynka.
– Jednak? Rodzeństwo? – szelest papieru trwa zbyt długo. Zgrzyt odsuniętego krzesła. Kroki delikatne, ale głośniejsze, z wyraźnym wciskaniem w podłogę pięty. Zuzanna musiała zostać w dyżurce sama. Szum czajnika uprzedza o nieuchronnym odgłosie lejącej się do kubka wody. Czy było kiwnięcie głowy, czy raczej przeczące kręcenie? Tego mogę się tylko domyślać. Obstawiam to pierwsze. Nie rozumiem tylko, jak tak można cudze dzieci i to nie jedno? Gdyby sama nie miała, ale ona czwórkę odchowała. Teraz nic, tylko cieszyć się wreszcie życiem. Wolnością. Nie rozumiem. Jak? Nie mam jak otrzeć łez. A one wciąż spływają po moich policzkach.

***

Wchodzi nieśmiało. Puka, choć drzwi są otwarte. Podchodzi i bez słowa wyciąga zeszyt. Jego ruchy są subtelne, zupełnie jakby to nie był facet. Męska delikatność różni się od jego pełnych czułości ruchów wobec przedwojennego kajetu. Zgrzyt krzesła goni mimowolne chrząknięcie. Dogania w pewnej chwili i ustępuje miejsca ciszy.
– No co tak siedzisz? – pytam, bo nie mogę już na niego patrzeć, choć dopiero się zjawił. Nie mogę znieść jego tęsknego spojrzenia w ten przedmiot, trzymany w rękach. Nie mogę znieść myśli o jego uwielbieniu do starych bazgrołów prababki, mojej prababki. Nie mogę znieść tego, że obcy chłopak jest pełen podziwu dla samego faktu istnienia owych zapisków, a ja nie byłam, nie jestem i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. To moja prababka. To mój zeszyt. To moje zdania. To moje słowa. Słowa zapomniane. Z zeszłego wieku. Porzucone. Po co mu one?
– „28 sierpnia 1941, wróciliśmy wczoraj z dworca. Drogi na wschód zostały zbombardowane. Kolej nie kursuje i kursować nie będzie. Coś się zaczyna dziać. Na dworcu tłumy. Zostali zawróceni do swoich kątów.
Mania płakała całą drogę. Może ją boli brzuszek? Nie bardzo wiem, co mam robić. Jutro pójdę z nią do doktora, może zbada. Na razie daję jej ciepłą herbatę. Masuję brzuch. Wierci się strasznie, ale się po tym uspokaja. Na dworcu, kiedy tak staliśmy czekając, aż się wyjaśni sytuacja, bardzo się wystraszyła bezpańskiego psa. Chciała go pogłaskać, a on warknął na nią nagle. Ogromny strach pojawił się w jej oczach. Jak u mnie. U mnie siedzi do tej pory. Nie mogę go jej wyjawić. Jestem matką. Matki się nie mogą niczego bać. Matki są dzielne i zawsze pomogą. Zawsze.

Jest już chłodno. W sąsiednim domu na piętrze nie ma szyb. Chciałam dziś zabrać synka tych, co tam mieszkają do siebie, by się nieco ogrzał, ale matka mi zamknęła drzwi przed nosem, a oczy miała nieludzkie.
Mańka się bawi moją spódnicą, która jest połatana w kilku miejscach. Dla niej łatki to teraz ciekawostka. Porównuje jedną do drugiej. Sprawdza, jakie są w dotyku. Jedna jest ze skóry, zimna. Druga z zamszu, miękka. Dziś Siergiejewna dała mi obwarzanki. Twarde jak cegły, ale mała ssie. Smakują. Jutro trzeba pójść do doktora. Niech na Mańkę spojrzy. Może to te zęby. Nie wiem sama.
Już chłodno. Nie mam jego ani żadnego zdjęcia, ale przecież niebawem do mnie wróci. Nie muszę mieć jego zdjęcia. Nie muszę”.
Przerywa czytanie. Siedzi nieruchomo na białym taboreciku. Gapi się wciąż w tekst. Nie wiem, co mam powiedzieć. Nie bardzo docierają do mnie czytane słowa. I wcale nie jest to wina języka. Nie zapomniałam go przecież. Bywa, że godzinami gadam po rosyjsku. A mój lektor ma niezły akcent. Ciekawe gdzie się uczył języka? I kto to jest ta Mańka? A zresztą, co mnie to obchodzi.

– Nie wiem, czy chcę…
– Czy mogę przyjść znowu? – głos sanitariusza jest tak pewny siebie, że jestem zdezorientowana.
– Jasne – odpowiadam, ale po chwili już żałuję decyzji.
– No to przyjdę. Dziękuję.
– A skąd znasz rosyjski? – pytam, kiedy stoi już w drzwiach.
– Ojciec znał – pada cicha odpowiedź.
Rozglądam się po pokoju. Robię to rzecz jasna na tyle, na ile pozwala mi moja sytuacja. Nie dostrzegam zeszytu.
– Witam – zjawia się pielęgniarka. Wchodzi starsza kobieta. Ma gęste siwe włosy, z których plecie dwa warkocze. Będzie cewnikowanie. To takie upokarzające. Za cztery godziny to samo. I tak w kółko. Lekarz mówi, że to minie, że będę mogła sama. Wciąż myślę, że to jakiś sen. Koszmar bierności, koszmar bycia wielką szmacianą lalką, do której przyczepili żywą głowę i żywy serdeczny palec prawej ręki. Lalką, której wkładają cewniki, szpikują lekami, co rusz majstrują przy kończynach bez czucia i przekładają z boku na bok. Koszmar, z którego mam zamiar się za chwilę wybudzić. Czasami ludziom śni się, że ktoś ich goni, i że nie mogą uciec, bo nogi nagle odmawiają posłuszeństwa. Biegnę już drugi tydzień, a moje ciało pozostaje w tym samym miejscu. Moje myśli zaś nie dopuszczają do siebie faktu, że już nie pobiegnę naprawdę. I właśnie wtedy, zaciskam zęby i napinam mięśnie, których nie czuję. Chcę wykręcić z siebie serdeczny palec prawej ręki. Wyrwać go, odgryźć go. I tylko wrzask dobiega z mojego wnętrza, zwabiając do pokoju pielęgniarkę ze środkiem uspokajającym w strzykawce.

Fragment powieści Mariki Krajniewskiej „Zapach malin” nominowanej do literackiej nagrody im. Reymonta
Photo by Glen Carrie on Unsplash

Leave a Reply