Zapach malin. Część 3

with Brak komentarzy

Samochód ślizgał się na drodze, mimo to prędkość przewyższała dozwoloną o co najmniej pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Blask słońca oślepiał, nastrajając pozytywnie. Zresztą, bilans roczny został podliczony. Wypadł korzystnie. Największy dział korporacji zarobił krocie. Tak miało być. To był jej plan, który z trudem wcieliła w życie. Noce pracy, myśli, koszmary senne. Śnieg prószył, iskrząc się w promieniach słońca. W samochodzie było bardzo ciepło. I bardzo głośno. Lubiła jeździć szybko, lubiła jeździć głośno. Muzyka rozbrzmiewała ze wszystkich głośników fabrycznie zamontowanych w aucie. Gdyby jechała na nudną kolację z mężem do ciotki, czy nie daj Boże teściowej, pewnie nie raz usłyszałaby ciche chrząknięcie. Po nim nastąpiłaby delikatna sugestia o ściszeniu. Jakie to nudne. Na szczęście jedzie teraz sama. W bagażniku spakowana walizka, w duchu świetny nastrój. Jest co świętować.

Bartosz obiecał jej gwiazdkę z nieba za jej osiągnięcia, a kto jak kto, ale on to potrafi dotrzymywać obietnicy. Z drugiej strony zaproszenie generalnego dyrektora na weekend w góry nie mogło się spotkać z odmową. Przypomniała sobie, jak ją, młodą jeszcze asystentkę, rozpoczynającą pracę w korporacji, wygrał w golfa z jej ówczesnym szefem. Schlebiało jej to, że sam generalny o nią walczył. I wywalczył, popychając kijem małe białe piłeczki.
– Do diabła – zaklęła zagłuszając refren starego przeboju Roxette – nie wzięłam sprawozdania.
Pogłośniła jeszcze bardziej muzykę, po czym wymruczała pod nosem:
– Będę musiała w inny sposób go zaprezentować.

Bartosz nie należał do najseksowniejszych facetów pod słońcem. Jednak Irena doskonale znała przyzwyczajenia i nawyki przełożonego, a także lubiła ten typ męskości, lekko dojrzałej, zabarwionej nitkami siwizny i delikatnym zarostem. Zaproszenie na wspólne omówienie sprawozdania w górskim Spa przyjęła zatem bardzo chętnie. Inna sprawa, że odmawiając mogłaby nieco stracić na wartości. Tak czy inaczej, wcale nie zaprzątała sobie głowy jakimiś tam niedorzecznościami moralnymi. Jechała po to, by dobrze się zabawić, odpocząć. A po takim ciężkim roku w pracy weekend spędzony w luksusie po prostu jej się należał. Akurat dobrze się składa. W domu i tak nie mogłaby zostać. Marek musiał podłapać jakieś świństwo od koleżków w pracy. Straszliwie kaszlał, chyba na oskrzela przeszło. Nie będzie mu biegać herbatek podawać. Nie zarazi się. Jak wróci, pewnie już się wykuruje na tyle, by nie rozsiewać wokół bakterii.

– Za trzy kilometry skręć w prawo i dotarłeś do celu – piszczący głos GPS-u wypowiedział swoje ostatnie słowa.
– Nareszcie – westchnęła, ściszyła muzykę i spojrzała w lusterko, sprawdzając makijaż. – Nie jest źle – orzekła, po czym skręcając na podjazd hotelu, rozejrzała się za parkingiem. Dostrzegła go dopiero, gdy otwierała bagażnik. Bartosz, ubrany w ciepłą puchową kurtkę, stał oparty o balustradkę tarasu. Pomachała białą rękawiczką, uśmiechając się radośnie. Ruszył ku niej niespiesznym krokiem. Widziała jego zbliżającą się sylwetkę, oświetloną z tyłu promieniami zachodzącego słońca, które tworzyło poświatę dookoła głowy, okutanej w futrzany kaptur. Zaśmiała się, lekko się krzywiąc.
– Aż tak się cieszysz na mój widok? – spytał nieco zbity z tropu.
– Tak, tak – roześmiała się, myśląc, że jeszcze się nie urodził taki, który mógłby być obdarzony odrobiną cech świętego, nie facet, o nie. Bo mężczyźni są jak gnijące jabłka – czasami na zewnątrz nie widać ciemnej plamki, podczas gdy w środku dawno nastąpił już rozkład.
– Zabieram cię do pokoju…
– Twojego czy mojego? – nie zdążył dokończyć wypowiedzi. Przerwała, gdyż już wiedziała, że pokój jest tylko jeden.
– Do…- zaczął, ale po chwili dodał – zobaczysz. – Jego głos brzmiał zachęcająco, prowokująco, a jednocześnie pewnie i stanowczo.
– A czy poczuję? – spytała, zatrzaskując klapę bagażnika. Nie patrzyła mu w oczy.
– Posmakujesz – odrzekł, stawiając kropkę nad „i”.

Słońce skryło się za drzewami. Hotel oświetlony licznymi latarenkami, wyglądał jak królewski pałacyk. Weszła do środka w ciepło dworku, poczuła słodki zapach wanilii. Od czasu do czasu skądś niespodziewanie nadlatywała woń cynamonu. Na pościeli małżeńskiego łoża, w pokoju, do którego ją zaprowadził, leżały pierniczki. Usiadła na brzegu łóżka. Rozpięła wełniany sweter. Odwinęła gruby szal. Podniosła nieco nogę, by zdjąć wysoki but na obcasie. Potem drugi. Położyła się na łóżku, podparta na łokciu. Sięgnęła po ciasteczko. Wanilia i cynamon zlały się w jej ustach w jeden wyjątkowy smak. Smak odrobinę cierpki. Odrobinę zbyt lepki. Odrobinę duszący. Odrobinę kruchy. Odrobinę nie taki, jakiego się spodziewała, ale przecież wcale nie myślała o tym, by go kosztować.

***

Byłam całkowicie przytomna. Tak mówią lekarze. Lubię w to wierzyć. Zawsze panuję nad sytuacją. Muszę. Zresztą inaczej nie wspięłabym się po śmiesznej drabince z kilkoma powyłamywanymi szczebelkami. Tyle, że nie spodziewałam się zupełnie, że na końcu moja noga całym swym ciężarem wdepnie na właśnie taki wyłamany. Przytomność mojego umysłu płata figle. Bawi się w ciuciubabkę. Chowa się za marnymi wspomnieniami, udając, że doskonale spędza ze mną czas. Tak do końca nie wiem, co z wydarzeń wieczoru sprzed tygodnia miało miejsce naprawdę. Może wszystko to, co pamiętam, a może nie. Może kolejność wspomnień powinna być inna, a może nie. Dla własnego jednak bezpieczeństwa przysłuchuję się lekarzom, choć prawie wcale nie mówią. Wchodzą, kiwają głowami i wychodzą. Jakby to ich kiwanie miało mnie wyleczyć.

Spadłam. Szybko, gwałtownie. Drabina nie wytrzymała. Dlaczego? Nie dam się tak łatwo. To chcę sobie wmówić. Czy mi się to uda?
Zazwyczaj wmówienie sobie pewnych racji nie stanowiło dla mnie problemu. Oczywiście takich racji, które doprowadzą mnie do celu. Dziś jest to trudne. Czyżby upadek z ostatniego szczebla zasiał w nim spustoszenie, a następnie spetryfikował? Jest to jakieś wyjaśnienie. Usiłuję ruszyć nogą. Już nie tak często, jak w pierwszych dniach, kiedy panicznie próbowałam się stąd wydostać. Raport czekał. Szef czekał. Czekał klient. Czekało też już puste mieszkanie. W zasadzie i dobrze. Noga się nie ruszała. Ani prawa, ani lewa. Spróbowałam automatycznie podnieść rękę. Choć doskonale wiedziałam, że się nie poruszy. Tylko palec. Serdeczny palec prawej ręki z paskiem bladej skóry. Obrączkę zdjęłam kilka miesięcy temu. Nie pasowała do sytuacji. Nie pasowała do ubioru. Nie pasowała do mnie. Ten palec kiwał się w górę i w dół. Lekarz mówił, że dobrze. Ja słyszę, że dobrze. A myślę, po kiego czorta palec, a nie noga? Po kiego mi ten palec, a nie ręka? Nie spadłam na cztery łapy. Spadłam na serdeczny palec prawej ręki. I o dziwo, ten palec trzyma mnie przy nadziei. Tylko mimo tygodnia spędzonego w tym miejscu nadal nie wiem, czy wiem, gdzie mnie to zaprowadzi. A czy chcę wiedzieć? Nie jestem tego pewna.

Operacja poszła dobrze. Jakie to śmieszne. Poszła dobrze. Po dobrej operacji zazwyczaj pacjent jest radosny, nie odczuwa bólu, może wyjść ze szpitala do domu. Moja operacja poszła znakomicie. Po niej wcale się dobrze nie czuję. Nie czuję w ogóle. Nie mam czucia w nogach, nie mam czucia w rękach. Tylko ten palec wciąż kiwa się w górę i w dół, sprawiając dziwne wrażenie, jakby był wahadełkiem. Kiwam nim, rzecz jasna, mimowolnie, uruchamiając wszelkie siły i starania, by poruszyć tym jedynym żywym odłamkiem mnie. Jestem żywa, ale moje ciało się nie rusza. Czy żyję wciąż?

Tydzień po operacji usunięcia ucisku na rdzeń jestem na tyle nieprzejęta sytuacją, że wciąż myślę, co zrobię w pierwszej kolejności w firmie, kiedy tylko się tam dostanę. Myślę o odnowieniu kuchni, o przemeblowaniu sypialni, o wypełnieniu części półek w szafie, które zostały puste po rozwodzie, o wakacjach, bo mi się w końcu coś od życia należy. W tydzień po klasyfikacji lekarskiej i nazwaniu mnie tetraplegikiem, jestem na tyle poruszona, że zaczynam wpuszczać do serca i umysłu cienie niepokoju, który miejscami przeistacza się w coś na kształt zalążka strachu. Mimo to, z dnia na dzień z coraz to większym uporem staram się poruszyć swoim ciałem. Po tych próbach wzrok gwałtownie kieruje się w stronę prawej ręki. Palec z obwódką wciąż się kiwa. Po dwóch tygodniach furia, rodząca się we mnie na jego widok, zaczyna powoli przekształcać się w niewielką wdzięczność.

Fragment powieści Mariki Krajniewskiej „Zapach malin” nominowanej do literackiej nagrody im. Reymonta

Leave a Reply