Zapach malin. Część 2

with Brak komentarzy

Wieczory są najgorsze. Z drugiej jednak strony wprowadzają we mnie jakiś spokój. Dziwnie to brzmi. Spokój w mojej sytuacji. Zespalam się z mrokiem i trwam w bezruchu. Pozwala mi to na poznanie innego życia. Życia, które rozpoczyna się co dzień po dwudziestej i trwa aż w końcu wpadnę w sidła Morfeusza. Życie nieznane, dziwne, niespokojne, inne. Za uchylonymi drzwiami, które nigdy nie są zamykane do końca, nawet na noc. Życie w cienkiej poświacie bladego światła z korytarza.

Najpierw słyszę ciszę. Ciszę, w którą wkrada się syk jarzeniówki. Głuche kroki na korytarzu powoli się uspokajają. Coraz rzadziej słychać tupot. Pojedyncze skrzypnięcia drzwi. Trzaski fotela w dyżurce pielęgniarek. Zdumiewające, ile człowiek potrafi odróżnić dźwięków, na które, prowadząc normalny tryb życia, nie zwraca najmniejszej uwagi. Łyżka spadnie ze stołu, trzaśnie ołówek na pół, metalowy guzik otrze się o aluminium zlewu, pusta szklanka, nieco silniejszym ruchem ręki, zostanie postawiona na kuchenny blat, wtyczka wyciągnięta z kontaktu ląduje na drewnianych panelach. Kran. Cieknąca woda. Kap, kap. Kap, kap. Powolne kap w mych myślach nagle zmienia się w powtarzane wraz z upadkiem kropli do zlewu stonowane „łap”. Łap, łap. Łap, łap. Łapię oddech, z każdą chwilą, staram się go łapać, ale nie wychodzi. Jeszcze nie rozumiem, jak to się stało, co czuję. Nie rozumiem tego, co widzę, zresztą wydaję mi się, że nie widzę zupełnie nic. Słyszę kap, łap… kap, łap. Zaczynam łapać każdy dochodzący dźwięk. Skrzypnięcie drzwi, głuche stuknięcie metalowej klamki o ścianę. Nawet nie wiem, czy jest to ściana jak w każdym szpitalnym korytarzu, bladozielona do połowy, wyżej biała z obsypującym się tynkiem. A może cała zszarzała z biegiem czasu. Nie wiem. Wyobrażam sobie, że tynk się osypuje w kącikach, że na podłodze stare linoleum w kratę przywołuje w pamięci stare komunistyczne szpitale. Chcę uderzyć pięścią w metalowy stelaż szpitalnego łóżka. Chcę tego najbardziej na świecie. Silę się w tym pragnieniu, aby wykonać odpowiedni ruch. Nic się nie dzieje.

Drzwi się nie zatrzaskują, kiedy słyszę jej kroki. To jej kroki na sto procent. Wiem o tym, gdyż tylko ona przychodzi codziennie o tej samej porze, za pięć dwudziesta. Tylko ona stawia nogi niespiesznie, zaczynając od pięty. Musi mieć mokasyny albo adidasy. Nie zawsze udaje mi się to sprawdzić. Czasem tak. Czarne mokasyny, jakich już nikt nie nosi. Skrzydło drzwi majta się w jedną i drugą stronę kilka razy, póki się całkiem nie zatrzyma. W tym czasie ona pokona odległość kilku metrów i wejdzie do dyżurki, pukając przy wejściu delikatnie w szybkę, często płosząc siedzącą tam pielęgniarkę.
– Powinnam się już przyzwyczaić – powitała ją starsza kobieta, najspokojniejsza ze wszystkich piguł. Nie licząc jej oczywiście.
– Powinnaś, dobry wieczór. Jak jest dziś? – spytała. Nie dobiegła mnie odpowiedź. Może rozmówczyni kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że jest spokojnie. A może wręcz przeciwnie. Powinnam sobie może wyobrazić jakiś scenariusz. Jednak nie zdobywam się na to. Jestem zmęczona własnymi scenariuszami. Moje myśli, odkąd się tu znalazłam, przyjęły etat reżyserski i scenopisarski w jednym, nie dając mi wytchnienia. Odsunęła krzesło. Może usiadła, a może coś na nim postawiła. Pstryknięcie.
– Dziś w zamachu w strefie Gazy zginęło kolejnych dwudziestu Palestyńczyków.

Na szczęście ściszyła telewizor, może tak jak ja nie chciała słuchać o tym, co dzieje się na świecie. Wszędzie dzieje się to samo. Działo, dzieje i będzie… Nie będzie. Będzie. Nie będzie. Raz, dwa, trzy, dziś wygrasz… Ty! A Ty nie wygrasz, pach, bach, bum!
– I jak, wciąż o tym myślisz? – pielęgniarka z poprzedniej zmiany szurała czymś, jakby papierem po stole. Może odwinęła kanapkę?
– Tak, w zasadzie, to podjęliśmy już ze Staszkiem decyzję – usłyszałam w odpowiedzi.
– To znaczy?
– Chcemy pomóc dzieciom.
– Dzieciom? – zdziwieniu w głosie towarzyszył szum elektrycznego czajnika. Nie usłyszałam, jak go włączyła.
– No tak. Jak już adoptować to kilkoro, żeby nie czuły się samotne.
– Samotne? – ledwie słyszałam słowa, czajnik produkował coraz więcej hałasu. – Masz przecież swoją czwórkę, Zuza?
– No, ale wszyscy są już dorośli. Jak wezmę małego chłopca, albo dziewczynkę, to nie będzie im raźno bez towarzystwa kogoś w ich wieku.
– Co ty gadasz? Chłopiec albo dziewczynka z domu dziecka będą szczęśliwi, że mają wreszcie mamę i tatę, że mają czwórkę starszego rodzeństwa, że mają rodzinę, dom, mają się do kogo przytulić…
– Zobaczymy, w weekend jedziemy do domu dziecka. Zobaczymy.
Nagle ustał hałas. Spikerka w telewizorze ledwie słyszalnie zapowiadała pogodę. Miał być mróz. Mróz. Szelest ucichł. Rozmowy też. Drobne kroczki dało się słyszeć na linoleum. Tym w kratę. Pielęgniarka poszła na wieczorny obchód. Za chwilę zjawi się pewnie po metalową tacę, na której będzie głośno stawiać buteleczki albo kieliszki z lekarstwem. Strzykawki, kroplówki. Zuzanna. Tak miała na imię ta, która nosiła mokasyny. Zuzanna została w dyżurce. Usłyszałam, jak jakiś mały strumień wlewa się w szklane naczynie o grubych ściankach. Zalała herbatę. Pewnie za chwilę dobiegnie mnie aromat malin. Zazwyczaj piła malinową.

Wtedy. Dziewczynka biegła wąska ścieżką. Brnęła w gąszcz chwastów. Coraz większych, coraz gęstszych. Wreszcie przystanęła na małej polance. Zaczęła zrywać maliny. Jaskraworóżowe i soczyste. Tuż za nią podążała powolnym krokiem starsza pani.
– Kochanie, nie tak łapczywie – z uśmiechem starsza pani powtarzała słowa, których dziewczynka zdawała się wcale nie słyszeć. Leciwa kobieta usiadła na drewnianej, niskiej ławeczce. Oparła się o metalowe ogrodzenie. Nie było wysokie.
– Jestem królową malin! – zawołała radośnie dziewczynka, stawiając skoczne kroki, kręcąc się dookoła krzaka.
Starsza pani kiwała głową, po czym wyjęła kawałek placka, i odwróciwszy się przodem do ogrodzenia, zawołała:
– Odwiedzę tylko swoją mamę, maleńka i zaraz wrócę.

Teraz.
– To właśnie przywieźli z policji. – młody sanitariusz wszedł do mojego pokoju. Był pryszczaty na twarzy. Późne dojrzewanie? Podszedł na tyle blisko mnie, bym mogła spokojnie obejrzeć to, z czym się do mnie pofatygował.
– Ach to – wydukałam z obojętnością.
– To chyba jakiś dziennik – zaczął młodzieniec, lecz urwał niepewnie w połowie wypowiedzi, po czym pospiesznie dodał – nie czytałem, broń Boże, tylko policjant mówił, kiedy przekazywał oddziałowej.
– Tak. To jakiś tam dziennik mojej prababki. Moja babka zmarła niedawno, a to dostałam pocztą w dzień wypadku – powiedziałam, mając nadzieję, że położy to gdzieś i sobie pójdzie. Kątem oka dostrzegłam, że wyszło słońce. Zapowiadał się pogodny dzień, choć mroźny. Mówili, że ma być mróz, więc przepowiednia się dopełniła. Sanitariusz wciąż stał na swoim miejscu, oglądając okładkę szarego zeszytu, owiniętego w poplamiony papier. Zapamiętałam, że był poplamiony, kiedy wypakowałam go na poczcie z koperty i wsadziłam czym prędzej do foliowej torebki, po czym wrzuciłam na tylnie siedzenie samochodu.
– Czy…- niepewnie zaczął chłopak, – czy… bo jeśli to prababka, a jeśli to dziennik…
– Tak, prababka i jej dziennik – nie wytrzymałam, przerywając mu wpół zdania. – Możesz się wysłowić w końcu?
– Przepraszam. Jeżeli pani babcia opisuje swoje życie, cokolwiek, to może opisuje jakieś fragmenty z czasów wojny? – wypalił, gapiąc się wciąż w zeszyt.
– Tak, to są jej wspomnienia z czasów wojny, tak przynajmniej kiedyś mówiła mi babka, a co to ma do rzeczy? – tym razem moja irytacja ustąpiła miejsca ciekowości.
– Bo widzi pani, mnie bardzo interesuje ten temat, czy może byłaby możliwość… może ja mógłbym pani go czytywać?
– Co? – ledwo z siebie wykrztusiłam, oszołomiona jego śmiałością i tupetem.
– Przepraszam, nie powinienem – chłopiec się zaczął jąkać, odkładając zeszyt na stolik, po czym spojrzał na mnie. – Gdzie mam położyć, by pani było wygodniej?
– I tak nie dam rady po niego sięgnąć, zresztą nie mam takiego zamiaru, schowaj do szafki. – Zamknęłam oczy. Pod powiekami zapamiętane kształty, na które przed sekundą patrzyłam, jawiły mi się w pomarańczowej poświacie. Zapewne przez świadomość tego, że na zewnątrz jest słonecznie. A może z jakiegoś innego powodu. Nie usłyszałam kroków. Czyżby wciąż tam stał? Bez ruchu?
– Jesteś tu? – rzuciłam w przestrzeń pokoju.
– Tak, proszę pani.
– Poczytasz mi ten dziennik. Będziesz jutro?
– Dziękuję pani, pracuję, oczywiście. Będę po piątej. Dziękuję. – odłożył zeszyt do szafki i pospiesznie wyszedł, jakby się obawiając, że mogę zmienić zdanie. W końcu jakaś rozrywka. Jutro o piątej. Coś się będzie dziać. Kiedy przyjdzie ta głupia oddziałowa? Mam dosyć tego szpitala. Dosyć tego, że nie mogę się ruszyć, dosyć wszystkiego. Do jasnej cholery, niech ktoś coś zrobi! Tak nie da się żyć!

Fragment powieści Mariki Krajniewskiej „Zapach malin” nominowanej do literackiej nagrody im. Reymonta
Foto: Ben Moor www.unsplash.com

Leave a Reply