Zapach malin. Część 1

with Brak komentarzy

Obrazy przewalały się przed moimi oczami. Barwy mieniły się z prędkością błyskawicy. Moje oczy nie mogły za nimi nadążyć. Nim uchwyciły jedną z nich, już musiały chwytać inną. Po kilku minutach napływały do nich łzy, choć płakać już nie potrafiłam. Zmęczenie oczu produkowało swoje własne. Łzy bez emocji. Łzy bez życia. Mrugałam kilkakrotnie powiekami, to pomagało. Następnie przenosiłam wzrok nieco w prawo. Ściana, która kiedyś była biała, witała mój wzrok oschle i bezdusznie.

Raz tylko kilka dni temu, powiew porannego wiatru poruszył zwisającą pajęczynę, która zahaczyła się swym wolnym końcem nieco wyżej, tworząc półkole. Wtedy ściana się do mnie uśmiechała swą szarością. Czy to możliwe, żeby uśmiech ściany był taki ludzki? Taki żywy? Taki…

Z lewej strony przybliżała się do mnie i oddalała wysuszona gałąź, niczym starcza dłoń z rozczapierzonymi palcami. Palce koślawe, z wystającymi kośćmi, reumatyczne. Kości wypinały swe zaokrąglenia w różnych kierunkach, przywołując na myśl psi przysmak, obgryziony do białego.

Sama nie wiem, który widok był dla mnie bardziej przyjazny. Doskonale wiedziałam, że za niecałą godzinę wszystko wróci do normy. Mniej więcej. Zostanie struchlała ręka natury i chłód bezdusznej ściany. Kolory, migoczące na ekranie telewizora, zostaną wyłączone przez pielęgniarkę, która jak zwykle bez pytania, zupełnie nieproszona zjawi się i krótkim „pstryk” sprawi, że obraz zniknie. Zostanie jeszcze coś. Coś, co pozwala trwać, a wydawałoby się, że zabije. Coś, co zabija, choć wydawałoby się, że pozwoli trwać. Wspomnienia. Wspomnienia wyłaniały się w kolejności losowej, bez uprzedzenia. Nagle bam i trafiały prosto w głowę. Jeszcze do niedawna myślałam, że nieliczne strzępki, siedzące w mojej pamięci są nic nie warte. Zarośnięty policzek. Cierpki smak. Winny posmak prosto z Francji. Ciepło wylewającej się z wanny wody. Ostre światło. Zmrok, świt. Z czasem wspomnienia z migoczących pstrych igiełek, wbijających się w moje wnętrze przeistaczały się w obrazy. Obrazy coraz rozleglejsze, coraz pełniejsze, barwniejsze. Bardziej duszące.

Wtedy. Telefon zadzwonił akurat wtedy, kiedy największy klient korporacji już miał podpisać kontrakt, na którym tak zależało firmie. Miesiące negocjacji, niebotyczne zyski. Awans już miała w kieszeni. Prawie. Co ją podkusiło, by nie wyciszać tego cholernego telefonu?

– Przepraszam, proszę sobie nie przeszkadzać – wyłączyła pośpiesznie komórkę, robiąc słodkie oczy do klienta. Zresztą robienie słodkich oczu do takiego klienta było samą przyjemnością. Gdyby tylko nie miała męża… Mąż w niczym nie przeszkadza. Tak mówiły koleżanki. Myślała podobnie, jednak coś nie pozwalało jej się do końca do tego przekonać. Sama nie wiedziała, co to było. I właśnie ta niewiedza doprowadzała ją czasami do furii.
– Może omówmy jeszcze raz ten paragraf – spokój w głosie prezesa korporacji klienta przyprawił ją o mdłości. Irena na ułamek sekundy straciła nad sobą kontrolę, lecz profesjonalizm nie pozwolił jej tego po sobie pokazać.
– Ależ Januszu, – jakby przez przypadek ręka Ireny spoczęła na kolanie siedzącego tuż obok przy okrągłym szklanym stoliku klienta – przecież wiesz, że zmniejszyliśmy już odsetki, zresztą prezentacja dokładnie pokazała, że na tym nie stracisz.
– Irenka, Irenka, Irenka – powolne wypowiedzenie jej imienia nie wróżyło nic dobrego. Doskonale zdążyła w ciągu tych kilku miesięcy poznać największego klienta. Ostatnim razem mówił tak, kiedy wychodziła z jego hotelu tuż po północy. Liczył na więcej. Musiała się wysilić, by tego więcej mu nie dać. Chciała, ale profesjonalizm jej na to nie pozwolił. Nie obrączka, profesjonalizm. Krążek z białego złota, spoczywający w schowku samochodu, nie miał tu nic do rzeczy.
– Ale Januszu, – musiała sięgnąć po broń większego kalibru – zarezerwowałam kolację z najlepszym szampanem do Twojego pokoju na dziewiętnastą. To już za kwadrans. – Spojrzała mężczyźnie prosto w oczy, po czym odwróciła wzrok i wyszeptała – Mówiłeś, że robią tam na śniadanie pyszne naleśniki z truskawkami, chciałabym spróbować.

Kiedy wypowiedziała te słowa, umowa leżała już podpisana na stoliku, a Irena zaczęła się zastanawiać, czy to ona tak sprytnie podeszła Janusza, by osiągnąć cel, czy też on zwlekał z podpisaniem dokumentu, by dostać od niej to, czego chciał. Nieważne. Dziś wieczorem wypije za swój awans. I dobrze się składa, że będzie jej towarzyszył właśnie Janusz. W końcu pozwoli sobie na to, o czym od dawna marzyła, kiedy kładła się do małżeńskiego łóżka.

Ten przeklęty telefon! Wyłączając dźwięk, nie wyłączyła wibracji, torebka delikatnie trzeszczała, pozostawiona tuż obok niej na krześle. Uśmiechając się do klienta podniosła się, pozbierała dokumentację i pospieszyła do dyrektora zarządu, który niecierpliwie kartkował pismo dla panów, gapiąc się w silikony, obcasy, tipsy i inne ozdobniki prezentowanych na stronach gazety dam. Gdy weszła, podniósł tylko na nią głowę i zamarł bez ruchu:
– Podpisał? – zapytał przez zęby.
– Podpisał – z ulgą odpowiedziała i podała dokumenty.
– Leć, zabaw go, niech nie czuje się porzucony!
Kiedy wychodziła, dyrektor podpalał cygaro, kierując się w stronę barku.
Słony smak kawioru łączył ze słodyczą szampana. Delikatność dotyku z dawno tłumionym pragnieniem. Naleśniki z truskawkami następnego ranka były wyjątkowo smaczne.

Teraz. Ślinka na samą myśl napłynęła mi do ust. Zdobyłam się na wielki wysiłek, by ją przełknąć. Miałam wyschnięte gardło. Strasznie mi się chciało pić. Kiedy ta pielęgniarka łaskawie się zjawi? Mleko z kilkoma ziarenkami kaszy manny nie zaspokoiły mojego głodu. Dobry apetyt miałam zawsze. Woda, marzyłam o kilku łykach wody. Nie będę nikogo o nic prosić, nikogo wołać, dam sobie radę sama! Jeszcze nie zniknęłam z tego świata. Irena Konwicka żyje i ma się dobrze. No może niepotrzebne skreślić. Ale czy na pewno jestem? Może już mnie nie ma? Skąd się wziął ten zapach? Cukier puder i delikatny aromat podsmażanego ciasta. Naleśniki podawane przez Janusza były ostatnim naszym wspólnym posiłkiem. Nie miałam zamiaru odbierać od niego telefonu. Pierwszy raz zawsze smakuje najlepiej. Faceci.
– Może mi pani podać szklankę wody? – Pielęgniarka bez pukania weszła do sali. Podeszła do łóżka, spojrzała na tablicę, wiszącą na oparciu, po czym, bez słowa, poprawiła moją nogę. Dopiero po chwili, skończywszy udawać, że robi coś pożytecznego, podstawiła mi pod nos szklankę wody ze słomką w środku. Łapczywie rzuciłam się na słomkę, odpychając ją nosem od siebie. Pielęgniarka ani drgnęła. Czekała z ironicznym uśmieszkiem, kiedy uda mi się manewr złapania słomki ustami i wciągnięcia do przełyku kilka łyków wody. Wychodząc z pokoju wcisnęła czerwony przycisk na pilocie ustawionego na wprost mnie telewizora. Wyszła bez słowa. Wyszła bez spojrzenia mi w oczy. Wyszła tak jak weszła – bezdusznie. A ja widziałam jaskrawe sylwetki, z których wydobywał się piskliwy bełkot.

Fragment powieści Mariki Krajniewskiej „Zapach malin” nominowanej do literackiej nagrody im. Reymonta
foto: Annie Spratt, serwis unsplush.com

Leave a Reply