Wyjście na scenę

with Brak komentarzy

Kiedy Wiera zbiegała po ruchomych schodach, jeszcze słyszała świst. Nie przyzwyczai się do niego chyba nigdy. Siergiej śmiał się z niej, że jak tak dalej pójdzie, to długo nie pożyje. Zawsze się denerwowała, że tak mówił, ale zaraz później mocno przytulał ją do siebie. Robiło się od razu spokojniej. Jednak od prawie pół roku go nie widziała. Każdego dnia przechodziła obok sztabu, ale pracujący tam wojskowi tylko kiwali przecząco głową. Nie przyjechał. Wczoraj nie przyjechał, dziś też nie.
Zeszła na dół. Tłum mieszkańców stolicy ułożył się już na drewnianych platformach, ułożonych wprost na torach metra. Ruch pociągów wstrzymano, kiedy ogłosili alarm. Wiera zeskoczyła z peronu i zaczęła przedzierać się pomiędzy siedzącymi i leżącymi współmieszkańcami. Dzieci jak zwykle płakały, babcie modliły się albo zanosiły niezrozumiałym śpiewnym bełkotem. Jakieś dziesięć metrów dalej zobaczyła wolne miejsce. Przyspieszyła kroku, po czym z impetem osunęła się na szarą drewnianą powierzchnię.
– To ty… – dwa słowa powiedziane szeptem sprawiły, że zatrzęsła się całym ciałem. Dlaczego? Dlaczego od tamtego dnia, kiedy wyciągnął ją spod gruzów teatru, wciąż nie przestaje o nim myśleć. Myśleć w domu, w drodze do sztabu, kiedy to idzie z nadzieją, że jej mąż jednak wrócił do Moskwy, na próbach, choć nie znaleziono jeszcze zastępczego budynku, w którym można by było wystawiać przedstawienia, przed snem, we śnie, na jawie? Podniosła głowę i ujrzała wychudzoną twarz, zarośniętą kilkudniowym zarostem.
– Ja – wyszeptała, po czym podniosła się i ruszyła w stronę tunelu. Zawdzięczała mu życie. Nie powinna się tak zachowywać. Musiała jednak uciekać. Przed nim. Przed uczuciem, które spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Jak niemiecka bomba na budynek teatru, z którego ją wyciągnął.
Próby odbywały się nieregularnie. Ćwiczyła swoją rolę w domu przed lustrem albo przechadzając się po pustym pokoju. Mówiła kwestie do szaf, luster, żyrandola. Mówiła. Ciągle mówiła. Rolę Maszy, Julii, Anny, nigdy swojej. Bała się otworzyć i zacząć mówić to, co jej serce podpowiedziałoby rozumowi.
Dwa miesiące później wyszła na prowizoryczną scenę jednego ze szpitali polowych, znajdującego się na przedmieściach, i ujrzała tę twarz. Mimo bandaża przewiązanego dookoła głowy, mimo pasiastej piżamy wiszącej na nim jak na kiju od szczotki, poznała go. Jego twarz. Twarz piękną. Twarz tę jedyną. Julia, Masza, Anna, a może ona, Wiera… Którą rolę powinna zagrać? Świat zawirował przed oczami. Brakło tchu. Podłoga nagle straciła stabilność. Ta twarz. Dlaczego znowu ta jego twarz?
Już nie walczyła. Uczucie zwyciężyło.
Dwa tygodnie szybko minęły. Z trudem powstrzymywała łzy, patrząc za odjeżdżającą ciężarówką, wiozącą wciąż jeszcze rannych żołnierzy na front. Obiecał, że będzie pisać. Wierzyła w to. W nic tak mocno nie wierzyła, jak w to, że jeszcze się spotkają.

***

– Nie wiedziałem, że miałaś zamiar gdzieś wyjeżdżać – wzdrygnęła się, otwierając drzwi do pustego, jak sądziła, mieszkania. Podniosła wzrok. Siergiej stał z fajką w ręku. Wyglądał jak zawsze przystojnie w swym mundurze. Nie widziała go prawie rok. Nie pisał, nie dawał znaku życia.
– Byłam na występach – patrzyła mu prosto w oczy.
– Twój teatr wrócił tydzień temu – uśmiechnął się jakoś tak obco.
– Pomagałam przy rannych – wciąż trzymała skórzaną walizkę.
– Zwłaszcza przy jednym – odwrócił się plecami do niej, sięgnął po gazetę odłożoną na stole i przeszedł do kuchni.
Nie rozmawiali wiele. Siergiej znikał na długie tygodnie. Nie informował jej o tym, dokąd się wybierał i kiedy wróci. Nie oczekiwała tego od niego. Nie chciała wiedzieć. Zresztą rok czterdziesty czwarty wymagał od wszystkich pełnej gotowości bojowej, zwłaszcza od dowódcy Siergieja Ż. Widział, co się z nią dzieje. A ona widziała, że jej nienawidzi. Kiedy wręczał list od Aleksandra, powiedział tylko:
– Ty już dla mnie nie istniejesz, ale dzieciaka z domu nie wyrzucę.
Kiedy dziecko przyszło na świat, Wiera co dzień pisała na front. Jak maluch się uśmiecha. Jak je. Jak macha rączkami i nóżkami. Wiera wiedziała, że mąż może w każ-dej chwili przerwać korespondencję z jej kochankiem. Lecz listy wciąż nadchodziły. Wynikało z nich, że i jej listy do-chodzą do adresata. Dzień zwycięstwa spędzili we trójkę z rodakami na placu Czerwonym. Jej największą radością tego dnia był ostatni list. List ze znaczkiem z Prus. A w nim jedno zdanie: Wiozę dla Ciebie flakonik Coty.

***

Październik był bardzo chłodny. Ubrała synka w dodatkowy sweter, bojąc się, żeby nie przeziębił.
– Nie teraz – mówiła ciągle – nie teraz. Teraz nie możemy się przeziębić, teraz czekamy na tatusia. Witek na wzmiankę o ojcu cały promieniał i zaczynał pokazywać grubym paluszkiem na zdjęcie Siergieja, stojące w szerokiej drewnianej ramie w dużym pokoju.
– Głuptasek – mówiła Wiera, kręcąc głową.
Spacer nie był najlepszym pomysłem. Ostry wiatr przeszywał na wskroś. Zawróciła po kilku chwilach, byle do domu, lecz nagle przystanęła, czując na sobie czyjś wzrok. Odwróciła się gwałtownie. To nie był on. Nie był on. Łzy pociekły z jej oczu, kiedy obcy mężczyzna powoli podchodził do niej i siedzącego w wózku chłopca.
– Przez cały dzień, kiedy świętowaliśmy zwycięstwo, mówił o pani. Następnego dnia mieliśmy wracać. Późnym wieczorem, kiedy szliśmy po nasze rzeczy do jednostki, podjechał samochód. Aleksandra aresztowali za zdradę na rzecz angielskiego wywiadu. W ostatniej chwili oddał mi listy i zdjęcia dziecka.
Nie pamiętała nic. Nie wiedziała, kiedy mijały kolejne dni, tygodnie, lata. Żyła jak we śnie. We śnie koszmarnym. Witek obchodził kolejne urodziny. Siergiej dbał o tort, świeczki, prezenty. Starał się też dbać o to, by Wiera zjadła coś na śniadanie i kolację. Pilnował, by nie wylała zupy za okno, by rano wstała, by w szlafroku snuć się po obcych dla niej pokojach.

***

– Witek! – podstarzały profesor gonił go po korytarzu uczelni, ledwie łapiąc oddech.
– Tak, Iwan Pietrowicz? – spytał zdziwiony młody człowiek.
– Twoja matka, twój ojciec – zaczął się jąkać profesor.
– Co z nimi?
– Ojciec miał zawał.
Biegł, ile sił w nogach. Pociąg złapał jeszcze tego samego wieczoru. Kiedy wszedł do domu, matka siedziała przy stole. Jak zwykle rozczochrana, w różowym wyblakłym szlafroku.
– To wszystko przez niego – powiedziała, kiedy Witek przekroczył próg kuchni. Podniosła głowę, spojrzała na syna i zamachnęła się szklanym wazonem z kwiatami. Trafiła w ścianę.
– To wszystko przez niego! – krzyk mieszał się ze szlochem.
Witek podszedł bliżej. Dostrzegł w jej ręce kartkę. Wyjął delikatnie skrawek papieru.
Zrobiłem to wszystko dla naszej miłości. Wykorzystałem znajomości w dowództwie. Wiem, że nigdy mi nie wybaczysz. Sam sobie nigdy tego nie wybaczyłem. Powiedz Witkowi.
Witek odłożył kartkę na stół, objął matkę. Nie wyrywała się. Po raz pierwszy siedziała spokojnie i pozwoliła się objąć.

Leave a Reply