Wiatr

with Brak komentarzy

Lubiłem wiatr, potrafił swą zachłannością i niewinnością jednocześnie sprawić, że świat zmieniał się niepostrzeżenie. Takich zmian bardzo potrzebowałem. A wiatr mi je dawał i to był dar najcenniejszy. Dlaczego to było dla mnie istotne? Bo wraz ze zmianami przychodziła nadzieja, że i w ludziach, którzy mnie otaczają, również nastąpi przemiana.

Kiedy podnosił się wiatr, wchodziłem na dach starej kamienicy, w której mieszkała cała moja rodzina i próbowałem utrzymać równowagę. Im ciężej było mi stać na własnych nogach bez opierania się o murek, tym większą czułem w sobie siłę. Siła narastała wraz z podmuchami wiatru, chłonąłem ją, czułem, miętosiłem w sobie, ufałem jej. Miałem wówczas odwagę choć na chwilę spojrzeć im wszystkim prosto w twarz.

W terenie zawsze czekałem na wiatr. Zwiastował ponurą pogodę, ale nie o to mi chodziło. Moja matka również cieszyła się z wichury. Kiedy wzmagał się wiatr, ludzie przyspieszali kroku, ale ze świadomością, że za chwilę nadejdzie coś złego. Czmychali więc do sklepów, przejścia podziemnego, biurowców, kawiarni, a ich podświadomość wysyłała im sygnały: świat jest paskudny, a tam w oddali stoi mały chłopiec. Osiem osób na dziesięć w pośpiechu odwracało twarz, a ich dłoń już szukała drobnych w kieszeni. Szybki marsz w moim kierunku i truchtem powrót w poszukiwaniu schronienia. Zostawałem z brzęczącą zawartością wyciągniętej dłoni, podczas gdy darczyńca ze świadomością spełnienia się poprzez dobry uczynek zapominał o mnie i całym zdarzeniu tuż po przekroczeniu progu ciepłego lokalu.
Uświadomiłem sobie, czym się zajmuję zbyt późno. Miałem do siebie o to pretensje, ale w zasadzie cóż mogłem zrobić? Przestałem nawet wychodzić po kasę, ale kiedy wracałem z niczym, następnego dnia wychodziłem ponownie z wielkimi siniakami na twarzy. Tych na ciele nie było widać. Zadawałem więc sobie pytanie, co powinienem zrobić? Najprostszą czynnością byłoby poddanie się.

Czułem jednak, że z każdym podmuchem wiatru wstępowała we mnie nadzieja na ocalenie. Jej i jego. Moich rodziców. Czułem się odpowiedzialny… Za ich postępowanie.

Moja nadzieja mydliła mi oczy. Straszną była naiwniaczką. Wodziła mnie za nos i robiła to z niezwykłą gracją. Ufałem jej, doskonale wiedząc, że jest największą kłamczuchą, jaką w życiu spotkałem. Była jednocześnie moim powietrzem.
Myliłem miłość z nienawiścią. I za to właśnie miałem do nich największy żal. Nie potrafiłem zrozumieć, a może rozumieć niczego nie chciałem. Potrzebowałem ciepła. Miałem je – grzejniki były zawsze odkręcone na maksymalną temperaturę. Pragnąłem czułości. W piwnicy trzymałem bezdomnego kocura, musiał mi wystarczyć. Błagałem o uwagę. Skupiałem ją na sobie dzień w dzień, wystając na ulicy w brudnych, podartych łachach, wyciągając dłoń w kierunku przechodniów. Tylko o miłość nie walczyłem. Bo nie wiedziałem, czym jest i czy istnieje.

Znałem jedynie wielką namiętność, którą widziałem w ich oczach. Wtedy, kiedy przynosiłem kasę do domu, kiedy kolejne pełne butelki lądowały na stole. Miałem jednak nadzieję. Pojawiała się z wiatrem. A kiedy nadchodziła, wszelkie wątpliwości odchodziły w zapomnienie. Wtedy kochałem. Matkę i ojca. Dwie osoby, które dały mi życie, jednocześnie kładąc mu kres.

Leave a Reply