To tylko jeden punkt widzenia

with Brak komentarzy

Była przy niej, zawsze blisko. Nie zostawiała jej na krok. Dziwiła się innym matkom, które wiecznie narzekały i marudziły, że nie mają czasu dla siebie. Wypełniała ją miłość po brzegi. Odczuwała ją niemal fizycznie. Była wszędzie. W koniuszkach jej palców, w cebulkach włosów. Wylewała się z niej. Ta ogromna potrzeba kochania.

Kiedy mała leżała w sąsiednim pokoju, co chwila podchodziła do drzwi i zaglądała do środka. Czuła się wtedy tak daleko od niej, a to było nie do zniesienia. Chciała być blisko, potrzebowała tego jak powietrza. Blisko – z tym słowem budziła się rano i zasypiała wieczorem, wpatrując się w jej nieruchomą twarz.

Sąsiadki pokazywały na nią palcami. Tylko się uśmiechała, mijając je z wózkiem. Jej obecność na placu zabaw wywoływała szepty i drwiące uśmieszki. Wówczas dumnie podnosiła głowę, kąciki ust wędrowały lekko w górę, powieki przymykały się nieznacznie. Nie zauważała ich, przynajmniej tak sobie wmawiała na początku. Później zaś w to uwierzyła. Istniała tylko ona i jej mała córeczka.
Przywykła robić zakupy w sklepiku dwie przecznicy dalej. To właśnie tam, w niewielkiej drogerii, przepłacała za pampersy. Cena się nie liczyła. Najważniejszy był uśmiech i życzliwe spojrzenie ekspedientki, starszej kobiety, w oczach której malowała się wyrozumiałość.

Co niedziela chodziła do kościoła i na cmentarz. Odwiedzała grób swojej matki. Stawiała wózek w ten sposób, żeby córeczka mogła patrzeć na nagrobek. Rozmawiała z matką, mówiła jej, jakie mała robi postępy, co je, że gerberki lepsze niż inne słoiczki, że daje jej je rzadko, oczywiście, tylko na wyjazdach, a tak gotuje zupki, przecierki, kaszki, oczywiście.

Rodzina witała się z nią z wyuczonym niepewnym uśmiechem, żegnała z wielką ulgą. Rozmowy dotyczyły wszystkiego, z jednym wyjątkiem. Niektórzy się silili na odważne rzucenie okiem w stronę wózka, ale szybko odwracali wzrok. Za słabi byli. Zazdrościli.

Podróżowała komunikacją miejską. Ale tylko wtedy, kiedy stać ją było na bilet. Czasami student czy taki w garniturze rzucał się z pomocą, by wciągnąć wózek z dzieckiem do środka autobusu czy tramwaju. Szybko, sprawnie, zwinnie, lekko podnosili rozklekotany stary wózek i z pośpiechem opuszczali, dumni i zadowoleni. Z siebie.

Była szczęśliwa. Nie potrzebowała nikogo więcej. Miała ją. Małą, bezbronną córeczkę. Nadała jej imię Natalka. Pasowało do jej białych loków, niebieskich dużych oczu, jasnej cery i rumieńców – zawsze je miała. Zresztą, nie wymyśliła sobie tego imienia. Takie widniało na pudełku, kiedy ją kupowała. Tę lalkę. Lalkę – Natalkę.

Była przy niej, zawsze blisko. Nie zostawiała jej na krok. Blisko – z tym słowem budziła się rano i zasypiała wieczorem, wpatrując się w jej nieruchomą twarz.

Leave a Reply