Standard jest nudny, rozmowa z Anną Fryczkowską

with Brak komentarzy

Mąż, żona i wspołżona, a także ich dwójka dzieci. Można? Można, pytanie czy trzeba? Jeśli daje to radość i zgodę, obfitując w miłość, to czemu nie? A może właśnie nie? Kto zna moje książki, wie, że jestem specjalistką od emocji. Nie brakuje ich też w książce Anny Fryczkowskiej „Żony jednego męża”. Historia, która dzieje się tu i teraz, po sąsiedzku, jest dla jednych prosta, dla innych złożona, ale jedno jest pewne – nie jest łatwa do przejścia. O modelu rodziny dwie plus jeden, o tym, co w życiu najważniejsze i jak schwytać szczęście za rogi, rozmawiam z Anną Fryczkowską.

Czy historia, o której opowiadasz w swojej najnowszej książce jest oparta na faktach?

Dwie matki i jeden ojciec, mieszkający razem w zgodzie, wychowujący wspólnie dwójkę dzieci. Wymyśliłam to. Potem się dowiedziałam, że dokładnie w takim modelu przez jakiś czas żyła Michalina Wisłocka. Ona w swoich czasach tym się nie chwaliła, przeciwnie. A my teraz? Czy jesteśmy na to gotowi? Co by się stało, gdyby ktoś postanowił żyć w ten sposób teraz, kilkadziesiąt lat po Wisłockiej? A do tego ogłosić rzecz publicznie? Żeby się dowiedzieć, napisałam „Żony jednego męża”.
A wracając do historii opartych na faktach. Co wy wszyscy macie z tymi faktami? Ostatnio napisałam opowiadanie o dorosłym synu zgwałconej kobiety, to temat, który męczy mnie od dłuższego czasu. Mariusz Szczygieł wydrukował ten tekst w Agorowych Książkach, zaznaczając jednak, że podobałby mu się naprawdę, gdyby rzecz opowiadała o realnej osobie. A przecież poruszył go ten tekst, skoro poświęcił mu miejsce w piśmie. Poruszył mnóstwo innych osób, które potem do mnie o tym pisały. Fikcja ma wielką moc.

Mam znajomych, którzy wychodzą poza standardowy model rodziny. Udaje im się to, ponieważ dla nich ważna jest miłość. Nie tylko do żony/męża ale też do jego bądź jej wyborów. A tu już mamy do czynienia z uczuciem, które jest bliskie bezwarunkowej miłości, tej totalnie idealnej. Jak oni to robią?

Ideał? Ja w moich bohaterach widzę całkiem zgraną, mało typową rodzinę, model troje dorosłych plus dwójka dzieci, która miewa problemy i kryzysy. Widzę, że dwie żony i jeden mąż docierają się ze sobą, dojrzewają dzięki sobie wzajemnie. O tyle im trudniej, że w naszej kulturze praktycznie nie ma wzorców takiego układu rodzinnego. A o tyle im łatwiej, że tuż na wyciągnięcie ręki mają przyjaciółkę, współżonę, która dzieli z nimi życie i wątpliwości. Bo moje bohaterki, poza tym, że żyją z tym samym mężczyzną, mają normalne ludzkie wątpliwości. Sens istnienia. Jak radzić sobie z rutyną. Jak wychowywać dzieci. Na ile warto być wierną sobie. Jak radzić sobie z przemijaniem.

A nasze społeczeństwo i przekonania rodem z jakiegoś horroru (zakorzenione w dzieciństwie) skutecznie im w tym przeszkadzają. Brakuje nam tolerancji? Czy to zazdrość? A może i jedno i drugie?

Ta chwilowa tendencja, panująca w niektórych środowiskach, na brak tolerancji, na brak szacunku dla ludzi odmiennych od siebie, przeminie, jestem o tym przekonana. Różnorodność jest ciekawa i twórcza. No i we współczesnym świecie nieunikniona. Mam nadzieję, że pożyję jeszcze kilkadziesiąt lat, żeby obejrzeć zmiany społeczne również u nas, w Polsce.

Czy boimy się tego, co nie jest w „standardzie”?

Standard wydaje mi się nieco nudnawy, tak naprawdę i myśleć, i pisać wolę o tym, co mało standardowe. Chociaż nie: czasem mnie zastanawia, dlaczego tylu ludzi idzie w standard, choć niewielu wydaje się być z tym szczęśliwymi. To trochę jak te pytania w Familiadzie: 90 procent Polaków odpowiada to samo, a my, żeby wygrać teleturniej, musimy postarać się powiedzieć identycznie, jak te 90 procent. Ale życie to na szczęście nie Familiada.

Bohaterki, uwikłane w całkiem nowy model rodziny zastanawiają się nad tym, czy to, co robią, na co są otwarte – zaznaczmy, że żyją w szacunku i miłości – nie wyrządzi krzywdy w jakiś sposób ich dzieciom.

Z tymi dziećmi… Przecież większość decyzji, jakie podejmujemy, ma na nie wpływ. Wybór partnera. Wybór miejsca zamieszkania. Wybór zawodu. Wybór kafelków do łazienki (tak, kształtujemy gust następnego pokolenia, dobrze, gdyby był to dobry gust). Wybór przedszkola czy niani. Wybór szkoły czy miejsca na wakacje. Wybór znajomych i osób z rodziny, z którymi chcemy utrzymywać kontakt. Wybór lekarza. Wszystko to może mieć i często ma fundamentalny wpływ na losy naszego dziecka.
Jednym z takich wyborów jest decyzja odnośnie związku, w jakim się żyje. Choćby taki rozwód potrafi wywołać niezłą rewolucję w życiu, również w życiu dzieci. Czy życie w związku, w którym rodziców jest o jedną matkę więcej niż w standardzie, jest naprawdę taką straszną krzywdą dla dzieciaka? Dużo gorszą od sytuacji, gdy jest na przykład o jedną matkę czy jednego ojca mniej niż w standardzie? Nie wiem, ale pytam. W książce też.

Czy człowiek może nauczyć się być szczęśliwy sam ze sobą, mimo braku społecznego przyzwolenia na to?

Pewnie trzeba by mieć do tego dużo odwagi i niezależności. I jednak jakąś grupę wsparcia, choćby rodzinę, kilku przyjaciół czy partnera. Ale jednostkowa odwaga bycia innym i mówienia o tym jest bardzo ważna, bo zmienia świat. Za to na przykład bardzo cenię Roberta Biedronia, który nieustannie głosi: jestem w jakiejś tam mniejszości, mówię o tym, bo to część mnie, ale tylko część, bo poza tym robię mnóstwo innych rzeczy. Jeśli akceptujecie mnie za to, co robię, zaakceptujcie również to, kim jestem.

Kim dla ciebie jest współczesna kobieta i czy rzeczywiście namąciłyśmy tak bardzo w życiu facetów – jak się powszechnie uważa – że biedni nie mogą się teraz pozbierać sami ze sobą i obrać dla siebie odpowiedniego kierunku?

Żyjemy w ciekawym momencie dziejów: kobiety powoli (przypominam, że prawa wyborcze w Polsce zdobyłyśmy w 1918 roku) zdobywają dla siebie coraz większy kawałek tortu. Nie bez przygód oczywiście, o czym świadczą wszystkie kobiece manifestacje ostatnich miesięcy, w obronie praw – wydawałoby się – podstawowych i dawno już wywalczonych. Tak, walczymy o więcej władzy poza domem, choć z przygodami. I walczymy również dla mężczyzn, żeby się nie wstydzili być fajnymi ojcami, żeby się nie odżegnywali od cech, do niedawna uważanych za niemęskie: od troskliwości, opiekuńczości. Żeby nie fiksowali się na jedynej emocji, którą publicznie wolno okazać mężczyźnie, czyli na gniewie. Znam wielu mężczyzn, którzy w tej nowej sytuacji rozkwitają. Ale wielu się faktycznie gubi, bo nagle sposoby wypracowane przez ojców i dziadków przestały działać, trzeba szukać nowych dróg. To wymaga odwagi.

Co jest w życiu najważniejsze?

Dla mnie? Miłość i opowiadanie historii. Dla innych? Nie mam pojęcia, ale ciągle się temu przyglądam. I o tym piszę.

Dziękuję!

Leave a Reply