Moja wiara była przy mnie

with Brak komentarzy

Lubię wierzyć ludziom. Tak ślepo, bez owijania w bawełnę. Bo z wiarą jest jak z mówieniem wprost – albo się owija, albo rzuca się na głęboką wodę i się mówi wszystko, co się myśli, bez uciekania się do trików komunikacji interpersonalnej, świadomego używania mowy ciała i innych bzdur. Wierzyć bez lęku nie jest łatwo, ale za to przyjemnie. Można się tego nauczyć, ale wcale nie polecam. Mimo, iż wierzę właśnie tak.

Moja wiara była zawsze przy mnie. Towarzyszyła mi, odkąd pamiętam. Zazwyczaj w trakcie obiadu siedziała obok mnie przy stole i spoglądając trochę z ukosa na mnie, rozpływała się w lekko pogardliwym uśmiechu. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Wierzyłem również w nią.

Wiara potrafiła czynić cuda. Dodawała pewności siebie. Pokazywała piękno tego świata. Tak, to właśnie dzięki niej spoglądałem na wszystko przez różowe okulary. Tych, którzy próbowali mi wiarę odebrać, nie potępiałem. Również dzięki niej. Wierzyłem dalej, iż się zmienią, zrozumieją, będą kiedyś inni, nie chcą wcale uczynić krzywdy.

Wiara dawała mi radość. I radość mojej matce, która patrzyła na mój uśmiech i powtarzała: „Chociaż ty się śmiejesz, to dobrze”. Zawsze głaskała mnie przy tym po włosach i twarzy. Lubiłem jej dotyk. Był zmysłowy i delikatny. Porównywałem go do dotyku motyla, który kiedyś usiadł na mojej dłoni. Moja matka była dla mnie takim motylem. Tak jak skrzydła motyla z jednej strony kolorowe, z drugiej szare, miała swe dwa oblicza. Na co dzień chodziła ze spuszczonymi skrzydłami. Te dni były ponure, brakowało im blasku. Jednak czasem skrzydła mojej matki się otwierały. Kolory swym przesytem wypełniały całą przestrzeń dookoła. Zdarzało się tak wtedy, kiedy zjawiał się on. Mój ojciec.

Bywał. Bywał rzadko. Wierzyłem, że powinno nam to wystarczyć. Nie pytałem. Cieszyłem się jego obecnością i kolorami, unoszącymi się nad matką. Łapczywie chłonąłem każdy jego gest, każde słowo, każde spojrzenie. Studiowałem wszystkie gesty, uczyłem się na pamięć rysów, liczyłem zmarszczki, aby policzyć je raz jeszcze, kiedy przyjedzie następnym razem. Najbardziej jednak uwielbiałem go słuchać. Potrafiłem całą noc nie spać, wsłuchując się w jego oddech. Najpierw słuchałem jego opowieści o życiu. Lubił mówić, jak powinno się traktować bliźnich. O miłości. Jej magii, pięknie, sile. Miłość – mówił – zawsze musi iść w parze z wiarą. Bez wiary miłość umiera.

Nie chciałem, aby cokolwiek umarło. Pielęgnowałem miłość do niego. I wiarę. Dokarmiałem swoją pewnością, czułością, obietnicami. Wiara rosła z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Była tak wielka, że nie zauważyłem, iż od jego ostatniej wizyty minął rok. Potem następny i następny. Matka pokryła się szarością. Ból wypełnił całą naszą przestrzeń.

Wiara czyni cuda – mawiał. Wiara potrafi ochronić, ocalić, otulić – zwykł powtarzać. Wspominałem każde jego słowo, zaglądałem w zakamarki wspomnień, aby odnaleźć treści, które musiałem przegapić, zapomnieć, niedosłyszeć. Bo przecież musiałem.

Spytałem Wiary, nie odpowiedziała. Po raz pierwszy nabrała wody w usta i schowała wzrok. Wtedy po raz pierwszy ją zdradziłem. Na ułamek sekundy straciłem ją. Moją wiarę. I wtedy uświadomiłem sobie, że wiara nie jest sama. I nigdy nie była. Wyszła zza niej cierpliwość i też zniknęła. Na ułamek sekundy.
Gdy je odnalazłem na nowo, nie byłem już tym samym człowiekiem. Wciąż wyczekiwałem, aż nam matką zapłoną kolory tęczy, ale wieloletnia szarość na dobre wpisała się w nasz niepełnosprawnie-rodzinny krajobraz. Czułem się kaleką. Jak by mi odcięto nogę, rękę, głowę. Czułem się niemową. Czułem się ślepym. Czułem się głupkiem.

Po jakimś czasie pojawił się bunt. Dołączył do wiary i cierpliwości. Zdawało mi się, że wdając się w dyskusję między sobą, zapominali o mnie. Czułem się osamotniony, chyba bardziej niż w momencie uświadomienia sobie, że on już nigdy do nas nie wróci.

Pytania nasuwały się ważne i mniej istotne. Matka, zaszczuta nimi, zamykała się w swych odcieniach szarości jak w stalowym kokonie. A ja prowadziłem walkę. Z moją wiarą. Próbowała mnie uspokoić, ale już nie chciałem jej słuchać. Zawiodła mnie, tak jak on. Jak on!

Niespełna rok później, kiedy moja matka cudem uratowana po sześciu próbach samobójczych, leżała w swoim kokonie, gapiąc się w sufit, poszedłem tam. Po raz pierwszy sam, pozostawiając wiarę, cierpliwość i bunt w swoim pokoju. Zamknąłem ich w szafie na kluczyk, który wyrzuciłem pośpiesznie do śmieci kibla. Poszedłem w miejsce, które kiedyś było dla mnie schronieniem, bo on mówił, że takie powinno być. Chciałem poczuć ulgę, chciałem wykrzyczeć na głos wszystkie te słowa, które miałem powiedzieć jemu. Mojemu ojcu. Chciałem to zrzucić na Boga, a potem poprosić kapłana o rozgrzeszenie.

W Kościele, który wybrałem na chybił trafił sto kilometrów od domu, była niezła akustyka. Zagłuszyłem średniowieczne organy. Już nawet miałem zamiar być z siebie dumny. Jednak spostrzegłem, że wiara mnie dogoniła. Musiała się wybrać jednak za mną, pewnie stopem, tak jak ja. Wlazła do przybytku bożego i pokiwała mi palcem przed nosem.

„Idź do ojca Mikołaja” – powiedział mi ktoś, poklepując mnie po plecach. – „To najlepszy słuchacz i powiernik, od lat jest w naszej parafii, niejednemu pomógł odzyskać wiarę” – dodał, wskazując ręką w kierunku księdza, stojącego tyłem do nas przy ołtarzu.

Nogi niosły mnie w kierunku ojca, głowa odwracała się za oddalającą się osobą, a w głowie bębniły słowa: „ojca Mikołaja”, „powiernik”, odzyskać wiarę”. Jak w zwolnionym tempie dotarłem do ołtarza i ukląkłem bez sił z opuszczoną głową. Poczułem na sobie jego spojrzenie. Powoli podniosłem wzrok. Wtedy zniknęła na zawsze. Wiara. Wyszła po angielsku z mojego życia, tak jak wcześniej mój ojciec, który teraz stał przede mną.

Leave a Reply