Moja klaustrofobia zaczęła się w celi Lenina

with Brak komentarzy

– Moja klaustrofobia zaczęła się w celi Lenina. – Przymknęła oczy, jakby chciała się przenieść w zupełnie inny świat. Zdziwił się i wyglądał na zaciekawionego. Słuchał z uwagą. A ona opowiadała. Winda sunęła cicho, prawie niezauważalnie. Zatrzymała się zaledwie po kilku sekundach na właściwym piętrze. – Miałam wtedy około ośmiu lat. Dumnie nosiłam na piersi znaczek w kształcie czerwonej gwiazdy, w środku którego widniała podobizna wodza rewolucji, bardzo przypominającego aniołka z bujnymi lokami dookoła pyzatej buzi.

Ośmiolatka, która zostaje wepchnięta do ciasnego, ciemnego i zimnego pomieszczenia z niskim sufitem i kratami w masywnych drzwiach, ma prawo poczuć się nieswojo. Jednak każdy oktiabrionok musi znieść taki dyskomfort, by choć w minimalnym stopniu na własnej skórze poczuć brzemię cierpień Wielkiego Człowieka. Przydomek oczywiście wpływał na wyobraźnię, gdyż długo widziałam w swych fantazjach rosłego pana, co najmniej takiego wzrostu jak inny wielki pan, car Piotr. Tak więc cela była zimna, mroczna, wilgotna, ale to nie wszystko. W celi był on! On, którego zobaczyłam, kiedy zatrzasnęły się drzwi i oczy przywykły do ciemności. Nie był wcale taki wielki. Rozczarowanie wprawdzie przyszło później, gdyż pierwsze było przerażenie – ścisnęło mnie włochatą łapą za serce. Nie, ośmiolatka nie bała się o siebie. Ośmiolatka bała się o niego. Siedział skulony, osamotniony, porzucony. Tak nie można! Z pewnością cierpiał. Musiało mu tam być samemu strasznie źle.

Twierdza Piotra i Pawła to miejsce szczególne, wie pan. Odwiedzałam je wielokrotnie, ale do celi Lenina nigdy więcej nie poszłam. Mimo że moim ulubionym opowiadaniem z dzieciństwa było to o wielkim wodzu, który okazał się niskiego wzrostu, i który siedząc w więzieniu, zrobił kałamarz z chleba, by móc go szybko zjeść, kiedy nadchodziła straż. Pewnie wydaje się to panu bardzo śmieszne, a może nawet pan tego nie rozumie. Oczywiście nie mam do pana żalu. Z dzieciństwa pamiętam czarno-biały film, w którym Lenin wraca z Finlandii do Petersburga. Co mi zostało w pamięci? Twarz wodza rewolucji. Była taka bez wyrazu. Czy on się bał? Klaustrofobia powróciła kilka lat później. To był koniec lat osiemdziesiątych. Minionego stulecia. Plac Czerwony, majestatyczny i dumny jak paw, rozkładający na pokaz swój ogon, zagrzebujący pod dywan ogryzki. Stojąc w sześciogodzinnej kolejce, nauczyłam się go na pamięć.

Kręcąc się z zamkniętymi oczami wokół własnej osi i zatrzymując się na chybił trafił, potrafiłam określić, co zobaczę po otworzeniu oczu. Kręcić się musiałam, żeby się ogrzać. Była wtedy zima, ta rosyjska. Gdy znalazłam się już w środku, odepchnęło mnie przyćmione światło. Może wcale takie nie było, ale tak je odebrałam i zapamiętałam. I uporczywe, powtarzające się co kilka kroków słowa: „Chłopczyku, zdejmij czapkę”. Wodza rewolucji należało czcić, zwłaszcza pośmiertnie, problem polegał tylko na tym, że mimo czapki uszanki nie byłam chłopcem. Kiedy przebrnęłam przez kontrolę wartowników, pełnych wiary w wagę swojej służby, spotkaliśmy się ponownie. Wydał mi się jeszcze mniejszy niż w celi i znów przypominał wymęczoną kukłę. Nie dali mu odpocząć nawet po śmierci. Z całą pewnością też cierpiał na klaustrofobię. Wielkie mocarstwo, w którym się urodziłam, zrodziło moją klaustrofobię.

Mniejsze państwo, które mnie zaadoptowało, kiedy miałam dwanaście lat, choć wcale tego nie chciałam, jeszcze ją pogłębiło. A pytanie, które zakiełkowało wówczas w samym środku mnie, z biegiem lat, coraz głośniej dobijało się do mojej świadomości. Kim jestem? Nieumiejętność odnalezienia odpowiedzi sprawiła, że nie wiedziałam, co znaczy być konsekwentną. To było niemożliwe dla kogoś, kto zaczyna wierzyć w otaczający go świat i próbuje w nim umiejscowić siebie, a ten świat zmienia się w kalejdoskopie wydarzeń na jego oczach – z krajobrazem za oknem, treścią w podręczniku historii i poglądami w prasie. A z nim zmieniasz się ty. Zaczęło się wszystko bardzo niewinnie w szpitalu położniczym w 1979 roku w pięknym zimnym Leningradzie. Listopadowy wieczór, ojciec, któremu nie pozwolono wejść na porodówkę, i matka. Standardowy obrazek. Początek milionów istnień ludzkich. Całkiem nieważny dla milionów. Ważny dla mnie. Najważniejszy.

Moje życie nadeszło wraz z podmuchami jesiennego wiatru w mieście, którego nie sposób zapomnieć. Mieście niebezpiecznie klaustrofobicznym przez swoją wielkość. Bycie jedną z licznych republik wielkiego, a jednocześnie ciasnego mocarstwa może przyprawić o fobię, i to niejedną. Wszyscy byliśmy jednością. Nawet łokciami się nie rozpychaliśmy za bardzo, mimo że powinniśmy. Wielka przyjaźń wszystkich narodów. Wielkie czyny godne naśladowania. Czytając szkolne lektury, można się było nabawić kompleksów nie do wyleczenia. Z drugiej strony tak właśnie hartowała się stal. Klaustrofobia rozwija się również wtedy, kiedy społeczeństwo oczekuje od ciebie bycia kimś, kim nie jesteś. Gdy ma się dziewięć lat, słabo rozwinięta samoświadomość zaczyna się buntować pod naporem wciskanej przez wszelkie szczeliny małego rozumku postawy, którą należy naśladować. Wszystko zgrzyta i rzęzi, ale brniesz dalej, bo nie masz prawa mieć wyjścia. Masz być Morozowem, więc nim będziesz. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo całego dyskomfortu, który odczuwasz, kiedy wbijają ci do głowy prawdę, lubisz to i przyjmujesz z ubóstwieniem. Po latach zdajesz sobie sprawę, że byłeś jednym ze stada głupich baranów.

Fragment opowiadania „Klaustrofobia” Mariki Krajniewskiej ze zbioru „Kulminacje” Janusza L. Wiśniewskiego i współczesnych polskich pisarek.

Leave a Reply