Jak przechodzi się przez ściany?

with Brak komentarzy

Miała na tyle dużo lat, by mieć w sobie kobiecy luz. Taki, nad którym się pracuje. Taki, który jak już się pojawi, to trzeba nieźle się napracować, by go nie utracić. To tak jak w związku, samo zakochanie nie wystarczy, później ciężka orka na polu. Tak się składało. Tak się składało zazwyczaj. A kiedy się składało zupełnie inaczej, kiedy leciało się na skrzydłach, wtedy się nagle – z dnia na dzień – spadało, twarzą w błoto, również zazwyczaj.

Z upadków podnosiła się silniejsza. Każdy kolejny mniej bolał. Była zahartowana, nie umiała się tym cieszyć. Miała jednak na tyle dużo lat, by nie utracić tego wewnętrznego kobiecego luzu. Już nawet nie musiała nad nim pracować, po prostu go posiadała. Było im razem bardzo dobrze, jej i temu poczuciu, że może wszystko. Z tym kobiecym luzem to wiecie jak bywa, czasem przychodzi, czasem nie. Wtedy jest najgorzej. Wtedy łatwo jest poddać się manipulacji, wtedy to się wydaje, że się jest gorszą od męża, listonosza, prezesa, konduktora w pociągu PKP relacji Toruń – Tczew. Od kolegi z działu albo od barmana, który przyrządza trzecią już caipirinhę, spoglądając tak jakoś z wyższością i litością. I wtedy nie liczy się nienagannie zrobiony manicure, perfekcyjnie zatuszowane sińce pod oczami, doskonale pokryte najnowszej generacji farbą odrosty, ani buty na wysokim obcasie. Nie liczy się też iloraz inteligencji, ani walka z przekonaniami. Ot taka ściana po prostu. Próbowała zbudować drabinę, żeby w jakiś sposób tę ścianę pokonać. Wiedziała, że drabina powinna być solidna, żeby się nie chwiała, nie zawaliła, żeby też nikt nie zdołał jej przestawić. Bo, że będą próbowali, była pewna. Budowała więc sobie drabinę, ustawiając pieszczotliwie kolejne szczebelki. Pierwszy powstał dość szybko, miała zaledwie dwadzieścia dwa lata. Wiedziała czego chce. Tak jej się zdawało. Ileż można wiedzieć w takim wieku? To śmieszne. Zdecydowała, że w lipcu powie „tak”. On też miał to samo powiedzieć. On był przystojny, inteligentny, zadbany, ale zamiast powiedzieć w lipcu „tak”, w kwietniu napisał smsa. Że lepiej będzie jeśli się jednak rozstaną, bo tak uważa jego mama.

Szczebelek „jego mama powiedziała” był najmocniejszy. Mógł spokojnie służyć za podwaliny. Należała do kobiet, które po krótkiej chwili załamania, zadawały sobie pytanie, co zrobiłam źle. Poczucie winy rosło wprost proporcjonalnie do kolejnych wydarzeń, tworzących kolejne szczebelki. Poczucie winy wydłużało się więc i tworzyło boczne pręty jej własnej, tak potrzebnej drabiny. Po jakimś czasie poznała kogoś. Nawet postanowili, że wezmą ślub. Tak postanowili nie z własnej woli, okazało się, że ona zaszła w ciążę. Z nim oczywiście. Nowa sytuacja, niezwykła dla niej, dla niego wydawała się być równie niezwykłą. Mimo to, lękała się smsów, zwłaszcza tych, które przychodziły w nocy. Nawet wtedy, kiedy spała obok już męża, już mając dziecko, już posiadając rodzinę, w dalszym ciągu dźwięk smsa, nawet taki najbardziej przyjazny sprawiał, że miała odruch wymiotny. Odruchy wymiotne miała tylko ze strachu. Na kacu nic takiego się nie działo. Choć nie piła jakoś tak specjalnie za dużo. Czas leciał. Z biegiem lat smsy polubiła, aż do pewnego wydarzenia z niedalekiej przeszłości, ale o tym później. Teraz pojawił się kolejny szczebelek, drabinka jeszcze zbyt niska, miała jednak już pewne predyspozycje. Napawała nadzieją, że uda się przejść przez ścianę. Szczebelek pojawił się, kiedy na badaniu ultrasonograficznym płód wyglądał jak ziarnko fasoli. Pracowała wtedy w korporacji w wielkim mieście. Staż pracy szczytu marzeń wynosił zaledwie dwa miesiące, a już miała w sobie wypracowaną lojalność. Wobec pracodawcy. Lojalność się jej uczepiła, jak rzep psiego ogona. Pracodawca jednak nie znał słowa „lojalność”. Ona, przed upływem trzech miesięcy ciąży, składała pracodawcy solenne obietnice pracować do samego rozwiązania. On złożył jej wypowiedzenie, bo przed upływem tych trzech miesięcy, zgodnie z prawem pracy miał na to zielone światło. Pracodawcy było naprawdę przykro, przecież ona tak bardzo wpisała się w „krajobraz” firmy. Ten krajobraz nie przewidywał grzechotek, smoczków i brudnych pieluch, czystych zresztą również nie przewidywał. Pracodawcy było naprawdę bardzo przykro, obdarzył ją spojrzeniem pełnym współczucia. Szczebelek zajął właściwe miejsce.

Opatuliła się kożuchem ze sztucznej skóry z kapturem i wyszła z budynku. Podniosła głowę, w oknach paliło się światło, choć słońce, pomimo zimowej aury, intensywnie świeciło w oczy. W jednym z okien dostrzegła plecy pracodawcy. Nie mogła się pomylić, miał charakterystyczną marynarkę z aplikacją myszki miki na barku. Taki mały element tęsknoty za byciem autentycznym. Wybryk, na który mógł sobie pozwolić, pokazując tym samym całej reszcie świata, że ona, ta reszta świata, jego świata, na takie wybryki pozwolić sobie nie może. Myszka Miki patrzyła na nią z góry. A ona już nawet nie należała do całej reszty świata. Odwróciła się i poszła. Daleko przed siebie, mijając przystanki, nie wsiadając do żadnego z autobusów, które przejeżdżały obok obojętnie, tak samo zresztą jak inni przechodnie. Anonimowo. Anonimowi. Kiedy patrzyła wstecz, stojąc już na drugim szczebelku, widziała słońce, które mimo pory roku, świeciło. Poetycko. Odwijała wówczas szal, bo czuła na własnej skórze ciepło tego zimowego słońca z wtedy. Czyżby kawałek ściany został już ukruszony? Szczebelki z biegiem lat dostojnie dopasowywały się do bocznych przęseł, „górnolotnie” zatwierdzonych na poczuciu winy. Nawet wtedy, kiedy kolejny on chwycił ją mocno za szczękę i walnął o łóżko z drewnianą deską na froncie. Szczęka bolała, na łydkach miała siniaki. Poczucie winy też miała, bo się przestraszyła czegoś, czego przecież wcale nie było. A poza tym zasłużyła sobie, bo co ona myślała, oczerniając go. Go! On przecież musiał ją uciszyć. A poza tym, naprawdę miała wybujałą wyobraźnię. Po prostu ją przestawił z miejsca na miejsce, zresztą mniejsza z tym. Zupełnie niepotrzebnie histeryzuje. Wariatka.

Wariatka wspinała się dalej. Czasem wskakując na kolejny szczebelek na jednej nodze, byle szybko, byle zdążyć, byle nie odwracać się za siebie, byle nie patrzeć w dół. Kiedy indziej z rozwagą, najpierw sprawdzając stopą, czy szczebelek jest na trwale przymocowany do drabiny, czy nie pęknie pod naporem jej nie tak wielkiego ciężaru. Bywało, że zamykała oczy. Bywało, że odwracała się i próbowała raz jeszcze zobaczyć, dotknąć, zawołać, wciągnąć w płuca zapach, za którym tak bardzo tęskniła, albo ten, który drażnił, dusił, powodował kichanie albo ataki kaszlu. Próbowała chwycić się niewidzialnej brzytwy, by już nie musieć. Wstawać na kolejny szczebel. Jeszcze zerkając, szła. Byle przed siebie. Ona stawiała stopę. Okruchy opadały na panele z promocji. Tynk zbierał się w nierównomiernie osadzonych kupkach, przypominających przybrudzone pokłady zlodowaciałego śniegu na jezdni przy chodnikach. Wreszcie runęła cała ściana. Wtedy poczuła chłód. Taki, o jakim marzyła w upalne popołudnia. Rozwiane włosy, zmrużone oczy. To była lekkość. Lekkość zaufania. Wtedy go już posiadła. Ten wewnętrzny kobiecy luz. Już wiedziała, że nie musi. Spełniać oczekiwań innych. Miała na tyle mało lat, by mając lat na tyle dużo nie móc zaakceptować. To nie było tak, że nie próbowała. Starała się. Wykonując jak najdokładniejsze ruchy. W górę i w dół. Za pierwszym razem zawsze pryskało na nią. Z wałka i z pędzla też, niezależnie od tego, czy malowała duże powierzchnie, czy mniejsze, te pomiędzy kaloryferem lub karniszem, którego nie miała siły zdjąć ze ściany. Odkręciła za to wszystkie plastikowe osłonki do kontaktów. Zabezpieczyła taśmą sufit, listwy przypodłogowe, folią zakryła stertę mebli, przestawionych na środek pokoju. Stała na drabinie. Szczebelki były z metalu. Przęsła też. Drabina była rozkładana.

Mogła sięgnąć wysoko. Mogła, jak kiedyś, wchodząc na drabinę, dosięgnąć górnej granicy ściany. Była zmęczona. Zeszła na chwilę, odłożyła wałek do kuwety z farbą w kolorze chabrowym, który miał skutecznie ukryć świński róż w pokoju jej córki. Zeszła i poszła do kuchni. Wstawiła czajnik, przygotowała filiżankę, wsypała kawę. Proste czynności, nad którymi nie ma co się rozwodzić. W tle telewizja, włączana tylko przez córkę. Czekała, aż czajnik wypluje parę i pstryknie. Odgarnęła z poplamionego czoła włosy. Blond. Tak, jak wtedy, kiedy była małą dziewczynką i miała białe włosy. Później już tylko brązy, szarości, czernie, rudości. Teraz znów była blond. Tak, jak lubił jej ojciec, jak zawsze chciał, jak tęsknił. Chyba zrobiła to dla niego, ale już nie zauważył. Powiedział tylko, że ma się nie przytulać, bo może to jest jakaś bakteria i żeby na nią nie przeszło. A miała piękny blond, koloryzacja Ombre. Ciemne odrosty pozostawione na czubku głowy. Problem polegał na tym, że szybko te odrosty nabrały srebrzystego odcienia. Siwe na skroniach, straciły swą elastyczność. To nic, zafarbowała na bardziej blond, bo przecież lubił. Zrobiła to już po pogrzebie. Rak szybko się rozprzestrzenił. A ona patrząc na niego próbowała szybko, jak najszybciej przywołać w pamięci wszystko to, co najcenniejsze. Jedno wspomnienie goniło drugie, a potem kolejne i kolejne. Czapka uszanka, szalik w paski taki sam jak ojca, jego wielkie rękawice, w które mieściły się obie jej dziewczęce dłonie, sanki, które ciągnął zimą, idąc do piekarni po świeże pieczywo, a ona koniecznie chciała mu towarzyszyć, bieg przez przedpokój i wskakiwanie na niego, zawsze wtedy, gdy przekraczał próg mieszkania, zapach farby i drewna, jaki czuła od niego, czytanie w myślach, długie godziny grania w planszówki, czytanie na dobranoc, podczas gdy jej papuga wypuszczana z klatki również przysiadała na książce i dłubała dziobem kolejne strony, wymowne milczenie, kiedy chciał powiedzieć, jak mocno ją kocha, wreszcie to mówił, ale spojrzeniem. Szukała zamaszyście, w wielkim kufrze z przeszłością.

Szukając, miała siłę i spokój. Mimo wszystko. Bo był z nią ktoś, kto trzymał za rękę. Kto też polubił jej blond i włożył za ucho siwe kosmyki. Kto najlepiej mówił i najmądrzej milczał. Kto milczeć wolał, pisząc krótką wiadomość. Pożegnalną. Wtedy znów zaczęła czuć lęk na dźwięk wiadomości w telefonie. I znów zadano jej pytanie: a co ty w ogóle sobie myślałaś? On jest zbyt piękny, powiedziała jej siostra. Czy ona na takiego nie zasługiwała, chciała było zapytać, ale nie zdążyła. Taki pyszny, przepyszny to zawsze jest otoczony wianuszkiem małolat, powiedziała koleżanka. Chciała wówczas również zadać jakieś pytanie, ale też zrezygnowała. Zalała kawę. Z filiżanką weszła do pokoju i wzięła wałek. Pewnie wspięła się na drabinę. A kiedy poczuła aromat kawy zmieszany z zapachem farby, nogi odmówiły posłuszeństwa. Nie wylała kawy. Nie upuściła wałka. Nie spadła z drabiny. Posłusznie, jakby sterowana niewidzialną siłą, zeszła i stanęła na podłodze. Potem usiadła tuż przy ścianie do połowy pokrytej chabrowym kolorem. Kawa smakowała zupełnie jak wtedy, kiedy był przy niej ojciec i mówił jak należy trzymać pędzel, śmiał się z jej zamaszystych ruchów, zwłaszcza kiedy malowała górną część ściany przy suficie. Wtedy malowała na różowo. Wyszedł świński róż, ale to już przeszłość. Teraz był czas na chabrowy. Teraz był czas na malowanie bez niego. Teraz był czas na bycie bez niego. Sięgnęła po telefon. Nie umiała zadzwonić, tak samo jak i ten, z kim chciała teraz porozmawiać, choć bardziej z kim chciała w tej chwili pomilczeć, nie umiał tego zrobić, więc napisał wiadomość. Ona napisała również. Tak po cichu zawołała. Tak cichutko poprosiła. Tak całkiem bezgłośnie przyznała się, że nie jest silna i chyba już nie potrafi tej swojej siły wskrzeszać. „Zapach kawy i farby, ja na drabinie, tak jak wtedy, kiedy tata był obok”. Odpowiedź przyszła z lekkim opóźnieniem. Był przy niej, na jej zawołanie, choć to przecież żaden wyczyn. Napisać wtedy, kiedy lepiej by było przyjechać, przytulić, być. To już jednak nie był ten lewel. Wykorzystała wszystkie możliwe „życia” na tym poziomie. Jedynie krótka wiadomość wchodziła w grę. Musiała się na to zgodzić i się godziła. „Być może to truizm, ale brzmi to jak miłe wspomnienie. Pielęgnuj je”. Chciała napisać tysiąc słów, lecz odłożyła telefon. Wypiła kawę. Zamknęła oczy. Wciągnęła w płuca zapach farby. Weszła na drabinę. Zdecydowanie wolała wałek. Równomiernie rozprowadzał farbę na ścianie. Kiedyś znów przestanie się wzdrygać na dźwięk wiadomości w telefonie.

Leave a Reply