Ich przeszłość wraca do nas. Pokolenia

with Brak komentarzy

Mój ojciec zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy nie będzie potrafił się śmiać. Nigdy w życiu. Zresztą co to za życie było potem? Liche takie. Kiedy byłem mały, wydawał mi się taki surowy, zrzędliwy, ale zobaczyłem, jak siedzi godzinami na krześle koło okna w całkowitej ciszy, i wtedy już wiedziałem, że to nie o zrzędliwość tu chodzi. Oczywiście wówczas jeszcze nie widziałem o co.

Moja matka była bardzo młoda, kiedy mnie urodziła. Wie Pani, wtedy to było normalne. Teraz nikt się nie śpieszy z rodzicielstwem. Nie wiem, czy to dobre, nie mnie osądzać, sam nie dałem rodzicom wnuków. Myślę, że ojcu wnuk tylko bólu by dołożył. Chociaż kto to wie. Ojciec nic nie opowiadał. Siedział tylko, czasami czytał. Jednak kiedyś zauważyłem, że czytając, trzyma książkę do góry nogami. Myślę, że książki były dla niego twierdzą. Taką, która miała nas, dzieci, a i moją matkę, powstrzymać przed atakiem na niego. Oczywiście nie mieliśmy zamiaru go atakować, ale wszystkie nasze słowa, spojrzenia, nasze tęsknoty, ojciec odbierał jak atak. Jakbyśmy jakimi wrogami jego byli. I matka też. Cóż, matka mogła narzekać na jego nieobecną obecność, ale nigdy tego nie zrobiła. Wiedziałbym, zazwyczaj mnie, jako najmłodszego, zabierała do swoich koleżanek. Nie miała ich wielu i te spotkania nie były częste.

Zazwyczaj rozmawiały o literaturze, modnych fasonach sukienek albo o wybrykach dzieci. Temat mężczyzn rzadko poruszały. Nie mówiły też o polityce. Kiedy wojna się skończyła, wszystkim chciało się żyć. Tak, wie Pani, pełną piersią, z nadzieją, że już nigdy więcej, nigdy przenigdy, nie wydarzy się takie zło. O polityce to raz tylko usłyszałem, a i to nie była taka rozmowa wprost. Matka moja poskarżyła się znajomej na sąsiadkę, która od jakiegoś czasu snuje się po domu nocami i spać nie daje. Ta sąsiadka miała mieszkanie tuż nad naszym, jej kroki było bardzo dobrze słychać po nocy. Lubiła wtedy puszczać piosenki na gramofonie. Akurat mnie ich dźwięk nigdy nie przeszkadzał. Budził w środku nocy, ale nigdy nie przeszkadzał. Lubiłem ich słuchać. Miały w sobie trochę bólu, ale mówiły o nadziei i o tym, że kiedyś wszystko się zmieni na lepsze. Teraz już ich nie pamiętam, ale wtedy słuchałem z zamkniętymi oczami, leżąc na łóżku, i myślałem, jak to dobrze, że mamy taką sąsiadkę. Matce jednak te nocne harce, jak powiedziała znajomej, nie przypadły do gustu. Wtedy ta znajoma powiedziała, że przecież Alona – tak miała na imię „nocna” sąsiadka – w ten sposób męża wspomina. To była ich melodia, zawsze tańczyli, przytuleni do siebie głowami. A potem on stracił na wojnie nogę. Przeżył jednak. Wrócił, jako bohater, z medalami na piersi, a potem nagle zniknął. Wyszedł z domu i zniknął. Tak zniknęli w ciągu jednej nocy, zniknęli z ulic, cieszących się zwycięstwem i odrodzeniem, na których nie było teraz miejsca na kalectwo i przykre widoki. Inwalidzi, obwieszeni medalami za zasługi, ale bez nóg i rąk, szpecili, przypominali o smutnych czasach. W ciągu jednej nocy zniknęli. Tak i mąż „nocnej” sąsiadki zniknął. A ona tańczyła co noc. Więcej matka o niej nie wspominała, nawet przestała nocami stukać w sufit kijem od szczotki. Cierpliwie próbowała wytrwać z zamkniętymi oczami przy słodko gorzkich dźwiękach płynących z gramofonu.

Ojciec nie reagował ani na piosenki, ani na muzykę. Na nic nie reagował. Tylko siedział. A ja, im byłem starszy, tym wyraźniej czułem coś, czego z początku nie umiałem opisać. To uczucie się zmieniało, rozwijało, a kiedy już potrafiłem je zdefiniować, zmieniało się w zupełnie inne – znów obce, nienazwane. Najpierw to był smutek. Taki dziecięcy, z odrobiną żalu i pretensji. Wtedy po prostu chciałem mieć tatę dla siebie. Do kopania piłki, puszczania latawca. Czasem do patrzenia na gwiazdy i zadawania pytań. Chciałem, żeby na moje pytania odpowiadał właśnie ojciec, a nie wujek Antoni, brat matki. Potem był gniew. Bo to matka była dumna z moich dobrych ocen, bo to wuj Antoni przychodził na mecze piłki nożnej na naszym osiedlu. To z matką targałem stosy makulatury i zapisywałem się na wymianę tych stosów na książki w punktach skupu. Wie Pani, ja tego wszystkiego nie rozumiałem. Potem dopiero. Ale wtedy jeszcze nie. Choć już wiedziałem, zrozumienie nadeszło później. A kiedy już sobie to wszystko uświadomiłem, wymieniłem się z koleżanką ze szkoły na książki. Ona dała mi słownik polsko-­rosyjski i polskie wydanie Orzeszkowej, a ja jej „Przeminęło z wia trem”, dwa tomy. No i zacząłem się uczyć. Najpierw po to, aby być bliżej tajemnicy ojca i jego nieszczęścia. A potem, by móc odkupić jego winy, choć nie miałem pojęcia jak.

Miałem czternaście lat. Poszedłem zawołać ojca na obiad, ale zauważyłem, że śpi. Siedział tym razem przy biurku, a nie obok okna. Biurko jak zwykle wysprzątane, tylko jedna szuflada była wysunięta. Nie wiedziałem, czy mam go budzić. Wydawał się taki spokojny. Zdobyłem się nawet na odwagę i usiadłem przy biurku. Patrzyłem na jego nieruchomą twarz. Wiedziałem, że coś musiało się wydarzyć. Przeszedłem się po pokoju. Było w nim bardzo zimno. Chyba nawet spojrzałem na okno, by się upewnić, czy przypadkiem nie jest otwarte. Nie było, a za oknem termometr wskazywał piętnaście kresek poniżej zera. Szron na gałęziach drzew lśnił w świetle ulicznej latarni. W pokoju poza biurkiem stała stara kanapa, na której ojciec często zasypiał. Wtedy nikt nie miał odwagi wejść do jego pokoju, aby go nie obudzić. Teraz ja też się lękałem, żeby nie wprawić go w zły humor albo niepotrzebne zmartwienia. Usłyszałem tylko wołanie matki na obiad. Podszedłem do ojca i spojrzałem do szuflady. Była tak daleko wysunięta, że nie sposób było nie zajrzeć. I wtedy otworzyły się drzwi. Matka wbiegła do pokoju, stanęła nieruchomo. A za chwilę przyjechała karetka. Matka długo płakała. Wtedy byłem w tym pokoju po raz ostatni. Wyszedłem z niego po cichu, kiedy karetka odjechała wraz z ojcem. Trzymałem w ręku zawartość szuflady – czarno­białe zdjęcie. Ojciec już nigdy do nas nie wrócił. Pochowaliśmy go po cichu, tak jak po cichu z nami żył. Jakby nie żył wcale.

Nie mam żadnych wspomnień z nim związanych. On chyba w ogóle nie chciał żyć. Bo czy można żyć po tym, co zrobił? Fotografia, którą wyniosłem z jego pokoju, należała do Pani ojca. O tym miałem się dowiedzieć później. Na razie wiedziałem tylko, że ojciec trzymał w szufladzie zdjęcie przedstawiające uśmiechniętą kobietę z przyklejoną do sukienki małą dziewczynką, obok, na ławce, siedział mężczyzna w mundurze polskiego oficera. Na odwrocie widniał napis: „Halinka z Mireczką i Zenek, Warszawa 1938”. I adres. Później się dowiedziałem, że to kamienica na Woli, która jako jedna z nielicznych ostała się po powstaniu.

Kiedy nie było już z nami ojca, wuj Antoni często do nas zaglądał, przynosił zakupy, nawet prał na tarce moje spodnie, kiedy ubłociłem je, grając w piłkę. Długo rozmawiał z matką, zazwyczaj nocami. Siedział w kuchni na parapecie i palił. Ciągle palił. Matka też. Wuj dużo mówił, matka milczała. Tak jak ojciec milczał za życia. A ja znowu nie spałem nocami, tylko słuchałem. Słuchałem strzępków rozmów, które dolatywały z kuchni. „Nocna” sąsiadka już nie tańczyła. A potem wuj Antoni przestał od nas wychodzić wieczorami. Wychodził rano − do pracy, a wieczorem wracał, by u nas spać. Cieszyłem się, bo matka chyba czuła się w jego obecności bezpieczna. Raz tylko powiedziała bratu, że powinien sobie życie ułożyć, rodzinę założyć. A on na to, że przecież ma już rodzinę, ma za kogo być odpowiedzialny, że nawarzył, więc teraz musi wypić. Śmiał się, jak to mówił, ale matce jakoś nie było do śmiechu. Wuj musiał odpokutować. Dużo później dowiedziałem się, że wuj pracował w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Dużo później dowiedziałem się też, że kiedy jeszcze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nazywało się NKWD, na polecenie wuja ojciec został wysłany tam, skąd wrócił bez życia, ze zdjęciem Halinki i małej Mireczki, mieszkających przy Chłodnej w Warszawie.

Wie Pani, ja chyba bardzo chciałem mieć prawdziwego ojca. Nie wuja, choć ten całkiem nieźle go zastępował. Naprawdę, wuj potrafił mnie rozbawić, stawić się za mną, kiedy chłopaki z okolicy mi dokuczali, pomóc w lekcjach. Był przy mnie, kiedy się przewróciłem i bolało kolano i wtedy, gdy uczyłem się jeździć na rowerze. Był, kiedy pierwszy raz się zakochałem − w starszej o trzy lata Nataszy. Natasza miała rude warkocze i zajęczą wargę, była śliczna. Im bardziej wujek spełniał funkcję ojca, tym bardziej ojca mi brakowało. To również zrozumiałem wiele lat później, kiedy wciąż nie potrafiłem przestać tęsknić. W zasadzie tęskniłem za tym, czego nie doświadczyłem albo doświadczałem z kimś innym. Polskiego nauczyłem się dość szybko. Zadziwiające, ale to wuj sprowadził dla mnie Mickiewicza, Słowackiego i Prusa − w oryginale. Jeszcze niewiele wiedziałem, ale czułem, że powinienem. Im bardziej prosiłem wuja o książki, tym bardziej wuj się ode mnie oddalał. Najpierw myślałem, że taka jest naturalna kolej rzeczy. Nie byłem już małym chłopcem. Wuj zaczął chorować. Kiedyś poprosiłem go, by pomógł mi wyjechać za granicę. Nie zapytał dokąd. Pomógł. Byłem jednym z ponad trzech tysięcy robotników pracujących przy budowli największego budynku w Polsce. Przychodziłem na Chłodną kilka razy. Wypatrywałem śladów, które zaprowadziłyby mnie do tej jednej osoby, która pozwoliłaby mi przeprosić. Za to, że nie miała Pani ojca, Mireczko.

Fragment z książki Białe noce

Leave a Reply