Głód. 1933. Opowieść z życia wzięta

with Brak komentarzy

Listopad jest miesiącem smutku, gdy się pamięta, ale też i radości, gdy się pamięta, szanuje i cieszy, że to wszystko już za nami i za nimi, tymi, których z nami już nie ma. Tę historię znam chyba od zawsze, słyszałam ją od swojego dziadka, który pracował z takimi kobietami, jak bohaterka opowieści. Gdy mi ją opowiadał, za każdym razem, przekazywał ogromny szacunek do człowieka, bez względu na to, co ten człowiek zrobił. Nie ma złych ludzi, zdarzają się tylko złe uczynki.

***

Klęczała przede mną. Błagała, bym tego nie robił. Bym nie mówił nic nikomu. O niej. O jej przeszłości. Bała się. Trzęsła. Widziałem to pomimo grubego kożucha, który miała na sobie. Ochłodziło się dzisiejszej nocy. Jeszcze wczoraj roztopy i wilgoć. A dziś już poniżej dwudziestu. Mówią, że ma być jeszcze zimniej.

– Wstań – mówię cicho – nie chcę tu widowiska – podnoszę ją za ramię. Nie przestaje drżeć. Puszczam, gdy staje na nogach. Chwiejnym krokiem odchodzi bez słowa. Nie ma zbyt wielu gapiów. Kilka kobiet idących do kuchni. Wańka i Tolik, strącający sople lodu z dachu tuż nad gankiem. Patrzę na ciekawskie spojrzenia.

– Wracajcie do pracy – mówię. Jestem wykończony. Tej nocy nie spałem wiele. Gdy tylko po wieczornym obchodzie przytknąłem głowę do poduszki w oficerskiej dyżurce, usłyszałem hałas. Oczywiście, wiedziałem od razu, kto wszczyna aferę. To się musi skończyć. Widać, że nie wiedziała o tym, że ja wiem. Wybrała sobie noc, kiedy to właśnie ja miałem dyżur. Źle trafiła. Gdyby się któraś z tych matek dowiedziała, byłoby po niej. Zapaliłem papierosa. Mróz rzeczywiście narastał. Zaraz będą prowadzić dzieci do stołówki. Zaciągnąłem się mocno i rzuciłem nie-dopałek w niedużą zaspę śnieżną. Kierując się w stronę biura naczelnika, zauważyłem ją. Patrzyła na mnie z okna baraku dla kobiet nienawidzącym wzrokiem. Kiedy nasze oczy się spotkały, coś się zmieniło w jej spojrzeniu. Nienawiść wyraźnie ustąpiła miejsca strachowi. Przyłożyłem palec wskazujący do ust, jakbym chciał ją uciszyć, i odwróciwszy się, ruszyłem do budynku.

– No, co tam się działo? – oficer Iwanow dopiero przybył do kobiecej części łagru, i pocierał oczy z niewyspania. – Ale mróz chwycił – dodał.
– Nic ciekawego – zacząłem – Rodijewa się awanturowała.
– Znowu? Co tym razem wymyśliła?
– A nic takiego, już po krzyku – usiadłem na kanapie i potarłem zmęczone oczy. Pomyślałem o mojej małej. Ma już trzy latka. Śmieszna sroczka.
– To dobrze, chcę mieć spokojny dzień – Iwanow spojrzał na zegarek, po czym jakby zapominając o sprawie, zapytał: – Jadłeś śniadanie?
– Nie jestem głodny.
– Nie? Szkoda, myślałem, że pójdziemy razem do stołówki.
– Ja tu sobie posiedzę – wydukałem do wychodzącego Iwanowa.

Drzwi trzasnęły. Kanapa była twarda. Westchnąłem ciężko. Bardzo chciałem zapomnieć o całej sprawie. Chciałbym zapomnieć o wielu historiach, które zakorzeniły się w mej pamięci. Ta była jedną z nich. Gdy zginęły jej dzieci, trafiła tu do łagru. Pamiętam ten dzień, kiedy ją przywieźli. Było to jakieś trzy lata temu. Tak, wtedy na świat przyszła moja mała sroczka. Rodijewa przeżywała dramat. Wydawało się, że cierpienie paruje z jej porów, wydobywa się z każdym oddechem. Płytkim, szarpanym, urywanym. Pracowała dobrze. Była zaradna. Mało jadła. Wspominała dzieci głodnych. Po każdym posiłku wynosiła kawałki jedzenia dla dzieci. Dzieci, które już nie żyły. Była pewna, że zrobiła wszystko, by je ratować. Ratować od głodu. Ratować, ale nie ocalić.

Mijały miesiące. Coraz częściej widywano ją z Goszką, tym, co odsiadywał w męskim łagrze za spekulacje. Przychodził tu nieraz majsterkować. Drwa rąbać. Kiedy urodziła syna, przenieśli ją do baraku dla matek z dziećmi. System był taki, że barak przedzielony na dwie części miał dwa wejścia. Z jednej strony dla kobiet. Z drugiej dla dzieci i ich nianiek. Matki mogły brać dzieci do siebie do karmienia i na krótkie widzenia. Odbywało się to przez specjalne okienko w ścianie, pomiędzy tymi dwoma pomieszczeniami. Gdy po porodzie wczepiła się w synka, musieli wzywać straż, by jej go zabrali. Krzyczała całą noc. Następnego dnia po porannym karmieniu straż czekała pod drzwiami. Krzyczała znowu. I znowu. Potem nie miała już sił. Później, gdy pracowała, gdy szła przez podwórze do łaźni, gdy kierowała się w stronę stołówki, jej wzrok był utkwiony w okna baraku z dziećmi i ich niańkami. Gdy tylko dzieci były wyprowadzane na spacer, rzucała wszystko i pędziła do swojego synka. Wrzeszczała na nauczycielki, na pielęgniarki, że nie tak, że nie to, że inaczej. Nadal cierpiała. Bez niego. Inne matki z czasem zaczęły pojedynczo domagać się częstszych relacji z pociechami, tak jak ona. Dziś u dzieciaków był lekarz. Kilkoro zachorowało na świnkę. Rodijewa wszczęła awanturę. Wtargnęła do domu maleńkich i rzuciła się na opiekunki. Szarpała. Ciągnęła za włosy. Krzyczała. Odciągnięta siłą, poddała się. Do rana był spokój. Spokój w baraku. Nie w jej duszy. Rano zabrałem ją na dwór.

– Gdyby któraś się dowiedziała, wiesz, co by się stało? – powiedziałem po cichu.
Jej czarne oczy, zdawało się, pociemniały jeszcze bardziej. Czoło pokryło się pionowymi zmarszczkami. Broda zaczęła się trząść. Z jej wnętrza wydobywał się spazmatyczny szloch. Wtedy uklękła i zaczęła błagać, bym milczał.

Wstałem z kanapy. Podszedłem do okna. Dzieci właśnie wychodziły ze stołówki, okutane w ciepłe szale, grube kożuszki i odziane w walonki. Jedna z opiekunek podbiegła do któregoś malucha ledwie umiejącego samodzielnie chodzić i poprawiła mu futrzaną czapkę. Spojrzałem na barak po lewej. W oknie poruszyła się firanka. Spojrzenie kobiety było pełne czułości i matczynej miłości. Patrzyła na niego. Swojego synka. Nie wyszła już na zewnątrz. Nie pilnowała opiekunek. Miłość do dzieci, pomyślałem, jest zatrważająco silna. Jest nieobliczalna. Jej moc pozwala czynić cuda. Ale nie tylko, jak się okazuje. Sięgnąłem po kluczyk do szafki z aktami. Bez trudu znalazłem jej teczkę. Otworzyłem dokumenty. Skazana na piętnaście lat łagru za bandytyzm – tak brzmiał oficjalny wyrok. Gdyby to, co znajdowało się w zaklejonej kopercie pod dokumentacją z rozprawy, wyszło na jaw, mogłaby nie przeżyć następnej nocy.

W roku 1947, gdy ją tu przywieźli, panował straszny głód. Było naprawdę ciężko. Nikt nie był pewny, czy przetrzyma. Najgorzej było z dziećmi. Zima nie był zbyt mroźna. Lód pokrywający jedno z głębszych jezior w Briańsku był cienki. Kiedy zostawiła na nim pięcioletnią córkę i trzyletniego synka, kazała trzymać się im za ręce i czekać na nią. Na środku jeziora. Gdy dzieci wyruszyły po kruchym lodzie na środek, odwróciła się i poszła. Przyszła prosto na policję, powiedzieć, że właśnie uratowała swoje dzieci od śmierci głodowej. Zwłoki rodzeństwa znaleziono szybko. Pod lodem.

***

W listopadzie na Ukrainie odchodzi się rocznicę Wielkiego Głodu. Zapraszam na krótkometrażowy film fabularny polskiej produkcji w genialnej obsadzie. Głód-1933.

Leave a Reply