Czasami piszę książki. Zbigniew Kowerczyk – autor powieści młodzieżowych

with Brak komentarzy

„Dwa brakujące słowa” to jego druga powieść skierowana do młodzieży, debiutem była książka pt. „Zielone słońce”, która przypadła do gustu młodym czytelnikom. Skąd się biorą pomysły, jak je okiełznać i kim jest pisarz, który nie boi się poruszać problemów współczesnej młodzieży i przekazywać im zapomniane wartości? Na te pytania odpowie Zbigniew Kowerczyk.

Jaki jest najlepszy wiek dla pisarza, by przekonać młodego czytelnika do sięgnięcia po książkę?

Urodziłem się w 1961, więc jak Pani widzi nie jestem młodzieńcem, choć czuję się całkiem rześko – i na ciele i na duszy. „Zielone słońce” skończyłem mając lat 48, czyli jak na debiutanta sporo. Pisanie jednak to stan umysłu nie wieku, więc jakoś tego boleśnie nie przeżywam, choć czasem żałuję, że nie wpadło mi ono do głowy wcześniej. Ale nie wpadło…

A może trzeba przeżyć swoje w młodości, by znaleźć z dzieciakami wspólny język?

Urodziłem się jako dziecko rodziców głuchoniemych, ale wychowywała mnie też babcia – słysząca (oboje rodzice byli jako głuchoniemi ewenementem w swoich rodzinach, nikt nie kojarzy żadnych bliższych i dalszych krewnych czy przodków z takim inwalidztwem). Babcia była osobą niewykształconą, ale z zamiłowaniem do literatury, w domu były więc książki. Od najmłodszego okresu uwielbiałem słuchać jak czyta mi bajki i wskazuje ilustracje. Niektóre, te wierszowane znałem na pamięć. Działo się to w czasach, kiedy nie umiałem jeszcze ani pisać, ani czytać. Pierwszą książką jaką samodzielnie przeczytałem, taką w której było więcej tekstu niż ilustracji (choć do dziś je pamiętam – autorstwa J. M. Szancera) była książka „Gelsomino w kraju kłamczuchów” G. Rodari. Stało się to podczas wakacji między pierwszą a drugą klasą szkoły podstawowej. Od tego czasu do dziś niemal zawsze mam coś w czytaniu.

Po jakich autorów sięgał mały Zbigniew?

Uwielbiam literaturę rosyjską, szczególnie cenię Czechowa i Gogola, ale przecież nie tylko. Jedną z moich ulubionych książek w ogóle jest „Mistrz i Małgorzata”, ale tu nie jestem chyba jakimś specjalnym wyjątkiem. Tyle razy czytałem tę powieść, że mógłbym w kwizie jakimś startować. To też dotyczy „Lalki” Prusa i „Szwejka” Haska. Za najlepszego pisarza polskiego uważam S. Lema. Wszechstronność tego pisarza – wiedzy, tematyki, stylów, poczucie humoru, filozofia… Sam nie wiem co jeszcze, po prostu mnie poraża. Uważam go za geniusza i nie dziwię się, że Philip K. Dick był przekonany, że Lem to nie jeden człowiek a jakiś większy zespół autorów. A wracając do okresu wczesno młodzieńczego – uwielbiałem E. Niziurskiego, a i później do niego wracałem. Do dziś coś z tego autora mam – to samo poczucie humoru, zdarza mi się „mówić Niziurskim”. Czytam niemal cały czas i długo mógłbym wymieniać co, ale nie ma na to miejsca, bo rozrzut jest duży od literatury antycznej do współczesnej.

Pisarze są obserwatorami, podsłuchują, podpatrują i wysnuwają wnioski, z których rodzą się historie. Czechow z wykształcenia był lekarzem, a pan?

Szkołę średnią skończyłem w Lotniczych Zakładach Naukowych we Wrocławiu (jako dziecko byłem zapalonym modelarzem) i jestem w związku z tym technikiem – mechanikiem budowy i obsługi samolotów (powaga!). Maturę zdawałem m.in. z rosyjskiego i zamiast posłuchać dobrej i gorącej rady nauczycielki tego przedmiotu i pójść na filologię rosyjską postanowiłem ze strachu przed wojskiem startować na politechnikę. Mimo humanistycznych zainteresowań byłem dobry z przedmiotów ścisłych (syn to po mnie odziedziczył) i sądziłem, że tam póki co na pewno się dostanę, a potem się zobaczy. Nie dostałem się i bez żadnych ceregieli przyjęli mnie do wojska, którego tak się bałem. Oczywiście do lotnictwa. Przez dwa lata zajmowałem się samolotami myśliwskimi i nie raz i nie dwa żałowałem, że nie posłuchałem rusycystki. Były to jednak wczesne lata osiemdziesiąte, trwała jeszcze komuna, a nawet stan wojenny i bunt przed tym językiem był w kraju wręcz rodzajem pozy. W zamian przez dwa lata zajmowałem się radzieckimi Su – 20. Taki chichot losu. Z wojska wyszedłem w październiku ’84. Z głębokim postanowieniem zdawania na Uniwersytet Wrocławski na coś na wskroś humanistycznego. Na polonistykę lub historię. Egzaminy były dopiero jednak w lipcu i nie chcąc siedzieć bezczynnie w domu podjąłem pracę… Tak, tak – znowu w lotnictwie, w Aeroklubie Wrocławskim. To lotnictwo przez dobrych kilka lata było moją karmą. Nic z tego mi już nie zostało, ale i tak sporo jeszcze wiem. Oczywiście, kiedy późną jesienią przyjmowałem się do aeroklubu nie przyznałem się, że to pewnie tylko na parę miesięcy, bo w lipcu mam nadzieję dostać się na uniwerek. I dostałem się… I nie uwierzy Pani na co! Zaraz po wojsku odnowiłem znajomość z kolegą, który studiował filologię klasyczną. W krótkich słowach wyjaśnił mi, że jeżeli planuję coś rzeczywiście na wskroś humanistycznego, to nie ma bardziej humanistycznego kierunku niż filologia klasyczna właśnie. Dla mnie to był kosmos, bo zdawało się tam łacinę – ustnie i pisemnie, a ja z tym językiem nie miałem nigdy nic wspólnego. Pamięta Pani – Lotnicze Zakłady Naukowe. Kolega nie widział problemu – „Nauczę cię”, powiedział. I kurczę, nauczył. On i jego żona – oboje byli na drugim roku. Zajmowali się mną na zmianę, ale bardziej dzięki niej się nauczyłem, bo przed dziewczyną nie chciałem wyjść na głąba i ryłem jak bąk. W około osiem miesięcy nauczyłem się języka Cycerona na tyle, aby całkiem nieźle zdać egzaminy wstępne. Język dodatkowy – rosyjski, a z polskiego trafił mi się Norwid, a to mój ulubiony poeta (o poezji nic wcześniej nie wspomniałem, bo zapomniałem). No i panie i panowie, dostałem się! Na egzaminach byłem sporą ciekawostką – gość po technikum i wojsku „sam” nauczył się łaciny, zdaje na klasyczną i dobrze mu idzie. W ’85 zostałem studentem filologii klasycznej w Instytucie Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej Na Uniwersytecie Wrocławskim. Moim kolegą z roku, a potem przyjacielem do dziś dnia został Marek Krajewski. W ‘ 93 napisał pierwszą książkę i każdą, bez trzech ostatnich czytałem wcześniej niż wydawnictwa, które je wydawały. Każdą wręczał mi w maszynopisie prosząc o uwagi, później spotykaliśmy się i omawialiśmy je. Niektóre przyjmował i nanosił poprawki, inne odrzucał. Potem wysyłał do wydawnictwa. Przy jednej konsultował nawet ze mną plan powieści przed przystąpieniem do właściwego pisania. Od którejś zaczął mnie wymieniać w nich w podziękowaniach.

Czy ta współpraca nie pchnęła Pana przypadkiem w kierunku własnej twórczości?

Wydaje mi się, że wtedy właśnie liznąłem trochę tej kuchni literackiej. Nie żebym postanowił sam zacząć pisać, ale wydaje mi się, że kiedy człowiek często przestaje z kucharzem, słyszy o potrawach, a czasem nawet trochę obserwuje jak powstają, to fakt, że któregoś dnia wpada mu do głowy pomysł, żeby samemu coś przyrządzić nie jest już jakiś kosmiczny. Ale to refleksje, które nachodzą mnie dziś, kiedy zastanawiam się czasem, jak to możliwe, że mając lat 47 postanowiłem porwać się na napisanie powieści. I wcale nie jestem pewny, czy to właśnie przez Marka, po prostu zastanawiam się. Obcując z nim nigdy przecież nie pomyślałem o pisarstwie, do napisania książki popchnęła mnie koleżanka z pracy. Tyle, że powinienem wtedy po prostu wzruszyć ramionami i uśmiechnąć się, a ja owszem – wzruszyłem ramionami i rzeczywiście uśmiechnąłem się, ale… napisałem.

Ale wróćmy do przerwanego wątku.

W trakcie studiów ożeniłem się, potem urodził mi się syn, w ’89. Szybko nabawił się hopla na punkcie matematyki i fizyki i od trzech lat jest inżynierem. Wtedy – w ’89 – zacząłem pilnie rozglądać się za pracą. To znaczy zaraz po ślubie. Koleżanka miała matkę, która była kierowniczką w jednej z filii Ośrodka Szkolno – Wychowawczego dla Niewidomych we Wrocławiu. Wcześniej z tematyką niewidomych byłem do tego stopnia niezwiązany, że nawet nie wiedziałem, że w moim mieście jest taki ośrodek. Akurat pilnie poszukiwano tam wychowawcy, bo zwolniła się pewna pani, a był środek roku szkolnego. Dokładnie koniec pierwszego semestru roku szkolnego 1988/89. Koleżanka wiedząc, że pilnie poszukuję płatnego zajęcia powiedziała o mnie mamie. Ta kazała się zgłosić. I tak się zaczęło. Niepokoju nie odczuwałem. Jak Pani pamięta z tematem „niepełnosprawność” jestem związany od urodzenia. Wychowywałem się w środowisku głuchoniemych. Język migowy znam tak, że wśród głuchoniemych mogę udawać głuchoniemego. Niewidomi nie wydawali mi się czymś strasznym – po prostu inna niepełnosprawność i tyle. Najwyżej będę musiał nauczyć się jeszcze brajla. I faktycznie nauczyłem się. Oczywiście wzrokiem nie palcami, ale owszem. Byłem wtedy tylko studentem i to na dodatek filologii klasycznej, ale w tamtych czasach nie stanowiło to przeszkody. Kierunku „tyflopedagogika” na pedagogice specjalnej we Wrocławiu nawet nie było. Szczerze mówiąc nie jestem pewien czy i dzisiaj jest. Praca zafascynowała mnie od pierwszego dnia, dostałem mieszaną grupę siódmoklasistów (nie było jeszcze wtedy gimnazjów). Plan ułożono mi tak, że ogarniałem i studiowanie i pracę. Potem urodziła mi się córka (koniecznie, kiedy jej powiedziałem o mailu od Pani, kazała mi powiedzieć, że mam „fantastyczną córeczkę”). No więc mam. Kasia urodziła się w ’93 i studiuje obecnie – co by to nie znaczyło – pedagogikę dorosłych i marketing społeczny. I stało się tak, że pracowałem coraz bardziej zaangażowanie i coraz bardziej czułem się pedagogiem specjalnym, a coraz mniej filologiem klasycznym. Wziąłem urlop dziekański, potem wróciłem na studia i doszedłem do ostatniego roku. Czasy zaczęły się jednak zmieniać i trzeba było chcąc pracować w ośrodku skończyć studia kierunkowe, te jednak najbliżej były w Warszawie w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej, obecnie Akademii Pedagogiki Specjalnej. Trzeba było być tyflopedagogiem z dyplomem. A ja chciałem. Po rozmowie z dyrektorką (wtedy) ośrodka podjąłem decyzję. Okropnie złą i do dzisiaj jej strasznie żałuję. Zamiast skończyć szybko klasyczną – byłem na piątym, ostatnim roku i został mi tylko jeden egzamin, napisanie pracy magisterskiej i jej obrona – a potem podjąć zaoczne studia w Warszawie na WSPS postanowiłem nie kończyć klasycznej i zacząć tyflopedagogikę na pedagogice specjalnej. Wytłumaczyłem sobie, że nauczycielem łaciny i tak nie będę, bo chcę już na zawsze pracować z niewidomymi (wtedy z młodzieżą) i te studia nie są mi niezbędne. Okropny błąd. Oszukałem sam siebie znajdując wymówkę do odstąpienia od ostatniego wysiłku napisania pracy i obrony magisterki. Byłem już jednak wtedy jakby w innym wymiarze świadomości – bardzo zaangażowany w niezwiązaną z antykiem pracę, rodzinę i małe dzieci. Żałuję jednak bardzo. Po zaliczonych niemal całych studiach zawróciłem przed wejściem do portu. Dziś mam duszę filologa klasycznego, ale jednak nim nie jestem. Jestem magistrem pedagogiki specjalnej, konkretnie tyflopedagogiki (działu zajmującego się osobami niewidomymi i niedowidzącymi), potem rozszerzyłem kompetencje o oligofrenopedagogikę (dział pedagogiki specjalnej zajmujący się osobami o różnych stopniach upośledzeń umysłowych).

I gdzie w tym wszystkim miejsce na pisanie?

Zapomniałem też dodać, że czasami piszę książki. Ideę napisania pierwszej zaszczepiła mi, jak już wspomniałem, koleżanka w pracy. W ośrodku zawsze byłem postrzegany jako człowiek związany z twórczością. Pisałem teksty piosenek dla zespołów wokalnych, teksty dla kabaretu, który prowadziłem, scenariusze przedstawień. Koleżanki brały gotowce z licznych książek ze scenariuszami, ja pisałem własne, a moje grupy wygrywały nasze ośrodkowe konkursy teatralne. Dodatkowo byłem przyjacielem popularnego we Wrocławiu literata, a moje nazwisko widniało wydrukowane w jego książkach, poza tym te robiące wrażenie studia – rozumie Pani: łacina, greka… Prowadzę też koło filmowe. Przybliżam niewidomym i słabowidzącym filmy od czasów kiedy o terminie „audiodeskrypcja” ani ja, ani nikt w Polsce nie słyszał (zapomniałem napisać, że jestem też prywatnie entuzjastą filmu). Techniki audiodeskrypcyjne zacząłem wprowadzać intuicyjnie sam na lata przed tym, kiedy zaczęło być o nich głośno i nadano im mądrą nazwę. Ponieważ niewidomi „oglądający” filmy wydawali się być czymś niezwykle ciekawym, zaczęli mnie tu odwiedzać dziennikarze telewizyjni i radiowi, powstał o mnie artykuł w Polityce (właściwie to to dziennikarz Marcin Kołodziejczyk pierwszy zasugerował mi napisanie książki, ale jakoś nie wziąłem sobie tego wtedy do serca), a potem o mojej działalności film dokumentalny. Biorąc to wszystko, a może i jeszcze jakieś inne rzeczy, pod uwagę mogę się domyślać dlaczego to akurat mnie jedna z wychowawczyń któregoś pięknego dnia podsunęła pomysł napisania książki.

Było tak: w jakąś sobotę, czy niedzielę, kiedy wychowanków w internacie było szczególnie mało z rozbawieniem opowiedziała mi jakąś zabawną historię, która przed chwilą wydarzyła się na jej piętrze. Ja odwzajemniłem się jej inną z przeszłości i tak zaśmiewając się chwilami do łez przez jakiś czas opowiadaliśmy sobie rozmaite anegdoty z pracy. „Powinieneś to wszystko zebrać i opisać w książce” powiedziała na koniec idąc do swoich zajęć. Tak jak już wcześniej Pani wspomniałem, uśmiechnąłem się wtedy i wzruszyłem ramionami: „ja?!”, „książkę?!” „co za pomysł?!”. Ale ziarno, Pani Mariko, zostało wtedy zasiane i zaczęło kiełkować niemal od razu. Jeszcze tego samego wieczoru, w drodze z pracy do domu, a jeździłem wtedy środkami MPK i daleko miałem, zacząłem rozmyślać nad treścią takiej książki. Od razu wiedziałem, że nie mogą to być anegdoty o ośrodku, bo takie zbiory powstają w związku ze sławnymi ludźmi czy miejscami. Po anegdoty uniwersyteckie związane z np. wrocławską uczelnią, może czytelnicy by sięgnęli, ale po takie, które dotyczą ośrodka choćby i jednego z kilku w Polsce, ale znanego głównie ludziom związanym z tematyką – kto? Pomyślałem, że najlepszym pomysłem będzie powieść, w której rozmaite autentyczne historie zostaną wplecione w fikcyjną treść. I któregoś dnia, kiedy intensywnie zastanawiałem się nad głównym wątkiem swojej ewentualnej książki na jednym z moich filmowych spotkań doszło do czegoś, co przyprawiło mnie o migotanie przedsionków. Zawsze przed filmem robię wprowadzenie, rodzaj „słowa wstępnego”. Tego wieczoru byliśmy nieco spóźnieni – paru widzów poprosiło mnie z uwagi na jakieś zajęcia o kilkuminutowe przesunięcie godziny rozpoczęcia projekcji, a film dodatkowo miał być dłuższy niż zwykle. Kiedy zgasiłem światło i uruchomiłem sprzęt uświadomiłem sobie, że nic przed filmem nie powiedziałem i wtedy na ekranie pojawił się napis: „To bardzo dobry film, oglądam go drugi raz, gorąco polecam – pan od projektora”. Myślałem, że padnę – rzeczywiście miałem go oglądać drugi raz i używałem rzutnika multimedialnego. Zupełnie jakby „coś” zauważyło moje uchybienie i próbowało je choć trochę naprawić. Miałem główny pomysł! – dziwne zjawiska mające miejsce w sali projekcyjnej i związane z seansami filmowymi. Coś mi się odblokowało i wymyśliłem książkę. Kropkę nad „i” postawił Marek Krajewski, bo kiedy któregoś dnia z grubsza opowiedziałem mu jej treść (całej sam jeszcze nie znałem), aż podskoczył! „- Pisz!”, powiedział. „ – Kto jak kto, ale ty na pewno dasz radę. Zawsze miałeś talent do opowiadania.” Wiózł mnie wtedy samochodem do pracy i nawiasem mówiąc w drodze doszło również do zdumiewającego wydarzenia, ale to temat na osobną opowieść. Tyle, że Marek zaczął od tego dnia jeszcze bardziej patrzeć na mnie dziwnym wzrokiem. Zawsze miał mnie za gościa, któremu towarzyszą paranormalne wydarzenia, a jedną z moich historii, które nie do końca sam rozumiem opisał nawet w którejś z książek. Drugiej chyba. Zacząłem pisać. Po kilkunastu stronach wystraszyłem się, że chyba mi odbiło na starość i przerwałem. Po dwóch tygodniach zajrzałem jednak do tego co napisałem i zdecydowałem się kontynuować. Po jakichś pięćdziesięciu stronach wiedziałem, że jednak napiszę tę książkę. I napisałem.

A potem zaczęły kiełkować kolejne pomysły?

Któregoś dnia miałem nieoczekiwane dłuższe okienko w pracy, coś mnie natchnęło i w jakąś godzinę, może półtorej z grubsza naszkicowałem w zeszycie scenariusz „Dwóch brakujących słów”. Wcześniej przez miesiące nie mogłem na niczym się skupić . Coraz częściej rozmyślam nad trzecią i już zaczynam coś mieć, któregoś dnia dopnę szczegóły. Często, no może czasami, jestem pytany czy bohaterowie mojej książki (drugiej jeszcze nikt nie zna) istnieją naprawdę. I tak i nie. Każda postać miała odpowiednik w postaci autentycznej, ale szybko każda nabrała własnych cech i zaczęła do tego stopnia różnić się od oryginału, że pisząc i czytając prawdziwe twarze i głosy zniknęły z mojej głowy. Nawet o panu Janku (na drugie imię mam Jan), który miał być mną szybko przestałem myśleć „ja”, a zacząłem „on”. Gość ma dużo ze mnie, ale i sporo się różni. Tyle, że w pracy myliłem nazwiska wychowanków, używając powieściowych, zwłaszcza że często nieznacznie różniły się od prawdziwych. Niezwykle surrealistycznym przeżyciem było też, kiedy w nocy pisałem, a w dzień przychodząc do pracy wchodziłem w świat z mojej książki. Czułem się jakbym wchodził do powieści i obcował z jej bohaterami. To nawiasem mówiąc też niezły temat na książkę.

Dziękuję

Dwa brakujące słowa – znajdziesz TU

Leave a Reply