Białe złoto

with Brak komentarzy

Umorusana. To słowo kojarzyło jej się z miłością. Wczesną jej fazą, kiedy się jeszcze nie kocha, ale już się jest zakochanym. Jakby się było w przedsionku wielkiego uczucia, jeszcze nie w kuchni, nie w salonie, ale już za progiem. Kiedy możesz, wykorzystując krzątaninę gospodarza – bo kawa, herbata, wino – wyjść po angielsku i zamknąć po cichu za sobą drzwi, ale tego nie robisz. A potem idziesz do tejże kuchni, pomagasz przy smażeniu naleśników, ocierasz z lubością z twarzy mąkę, której nadmiar, niczym tuman kurzu, wydobył się z pospiesznie zamkniętej papierowej torebki. Umorusane też jest serce tym właśnie budzącym się uczuciem.

Nawet teraz, poprawiając spocone włosy, wydobywające się spod bawełnianej białej, pokrytej kurzem, chusteczki i wycierając nos, zdobyła się na uśmiech. A przecież wstydzić się powinna. Nie tak ją matka wychowała. Tyle tylko, że nagle ten wstyd gdzieś sobie poszedł. Zostawił ją na pastwę losu. Naprawdę poczuła się porzucona, kiedy nagle zniknął i to w momencie, gdy wydawało się, że oswoił ją na dobre.

Pomyśleć o innym? Nie, to niedorzeczne. Odgoniła od siebie myśli, niczym wstrętne denerwujące muchy. Nie teraz, nie teraz. A kiedy? To pytanie ją zaskoczyła. Nie spodziewała się go, nie zapraszała, nagle się zjawiło i utkwiło na dobre. Próbowała się go pozbyć, potrząsała głową, podniosła się z klęczek i zrobiła parę przysiadów, nawet podskoczyła pięć razy na lewej nodze – nic.

Wróciła do swojej pozycji. Skulona, blisko ziemi. Puchata biel cieszyła widok, mimo wszystko. Suche łodygi bawełnianych krzewów zostawiały ślady zadrapań na dłoniach i łydkach, niezabezpieczonych grubą warstwą materiału. Co pewien czas spluwała, próbując się pozbyć drobinek ziemi z ust. Ruchy jej rąk były precyzyjne i szybkie. Była pewna, że z wyrobieniem normy nie będzie miała najmniejszego problemu. Zwinnymi ruchami zrywała puchatą kulkę i wkładała do worka. Zręczność chirurga działała na jej korzyść. Martwiła się jednak, że nie wytrzyma do wieczora w tym palącym słońcu. Co z tego, że wrzesień, skoro słońce najwyraźniej nie zamierzało ani na chwilę spuścić z tonu. To nic, wmawiała sobie. Całe szczęście, że świat zmusił władze do wprowadzenia zmian. Jak dotąd nie wierzyła, że w ogóle ktoś w Europie czy Ameryce wie o istnieniu jej ojczyzny. Jeden z większych eksporterów bawełny – nie wszyscy wiedzą nawet to. Gdyby nie Adidas, H&M czy Marks and Spencer, teraz to Akram byłby na jej miejscu, a ona musiałaby na to pozwolić.

O decyzji rządu dowiedziała się nie tak dawno. Miała wtedy dyżur w szpitalu rejonowym w Taszkiencie. Lubiła swoje miasto, bo dawało jej możliwość ucieczki. Od swojego życia i samej siebie. Szczyty gór, zabierały jej troski, dając w zamian poczucie spokoju. Ordynator zatwierdził kontrakt z plantacją. Cały personel medyczny miał się stawić na zbieranie bawełny. Chcecie chronić dzieci? To macie za swoje. Chirurdzy na pola! Lekarze pogotowia ratunkowego też. A co! W przeciwnym razie zostaniecie bez pracy. Proste. A teraz proszę bardzo złożyć swój podpis, o, tu. Tak, podpisała Pani właśnie deklarację dobrowolnego udziału w zbiorach bawełny, dziękujemy.

Pojawił się w holu szpitala, kiedy po dyżurze schodziła masywnymi schodami. Była zmęczona, jak zawsze, ale nauczyła się nie zawracać sobie tym zmęczeniem głowy. Zdobyła się na uśmiech, kiedy się mijali. Przystanął. Ona też. Odezwał się pierwszy. Zapytał, czy tu pracuje, czy jest lekarzem. Przytaknęła. Dopiero po chwili dotarło do niej, że przeszła na angielski. Najpierw dowiedziała się, że ma brązowy pieprzyk na szyi i zielone, wesołe oczy. Potem, gdy siedzieli na kawie w kawiarni za rogiem, że ma na imię John i jest z Waszyngtonu. Czy wie gdzie to jest? Cóż za pytanie! Pytań padło więcej. Najważniejsze, czy będzie mu relacjonować co się dzieje na polach. Zagraniczni obserwatorzy nie mają teraz łatwo. Muszą się kryć. Pobyty w więzieniu nie należą do najprzyjemniejszych. Muszą zebrać zeznania, by stwierdzić, czy wciąż zdarzają się przypadki łamania praw człowieka. Milczała. Kawa wystygła. Jego oczy wciąż miały ten sam hipnotyzujący blask. A ona powinna była dawno być w domu, zająć się synem i przypilnować, by matka wzięła wszystkie leki. Lecz pozostawała nieruchoma na swoim niewygodnym, kawiarnianym krześle, którego wygięte oparcie wbijało się w jej plecy. Nie spuszczała z niego wzroku. Skąd brała tyle odwagi? Tak, odwagi! Tej, której zawsze jej brakowało. To ona była przez całe życie szarą myszką. To ona dawała się zmanipulować, wpędzić w poczucie winy kolejnym mężczyznom. No, nie przesadzajmy, nie było ich aż tak wielu. Raptem trzech. Ojciec, którego największą miłością był mundur wojskowy. Mąż, kochający ją odrobinkę mniej, niż butelkę. Był jeszcze stryj, ale przez chwilę, tamtego lata, kiedy mając dziesięć lat, wyjechała do babci na wakacje. Nie spuszczała z niego oczu, co go wcale nie speszyło.

Kiedy weszła do ciemnej piwnicy, zwanej noclegownią dla kobiet, pracujących na polu poczuła smród. Do różnych zapachów była przyzwyczajona. Jednak stęchlizna połączona z odorem z zapchanej, jak się okazało, ubikacji, były nie do zniesienia. Przełknęła ślinę, zamknęła na chwilę powieki, by choć na ułamek sekundy przenieść się w myślach do swoich ukochanych gór. Nie wiedzieć czemu właśnie w tej chwili, walcząc z odruchem wymiotnym próbowała sobie przypomnieć wiersz swojej ulubionej poetki. W blaskach zachodu pożółkł świat… jakoś tak to szło. Achmatową uwielbiała, ale zupełnie nie miała pamięci do poezji. Kojarzyła poetkę z blokadą miasta, do którego od dziecka marzyła pojechać. Była jednak w swych marzeniach podobna do jednej z trzech sióstr, wołających o Moskwę. Nie zrobiła nic w kierunku jego spełnienia.

Ordynator szpitala zdziwił się, kiedy nie zgodziła się nocować w wynajętej kwaterze. Na to chyba ją było stać, zresztą, mogła przecież zajmować pokój razem z nim. On by się przespał na kanapie, lepsze to, niż smród, kamienna podłoga, na której przy odrobinie szczęścia można było rozłożyć brudny materac. Miała ze sobą śpiwór, o czym poinformowała uprzejmie ordynatora, tym samym ucinając temat.

Szybkim wzrokiem omiotła ciemne piwniczne pomieszczenie. Przy małym okienku wszystkie miejsca były już pozajmowane. Odwróciła się w kierunku drzwi, pomyślała, że jeśli położy się właśnie tam, to będzie mogła otwierać je, żaby łyknąć trochę świeżego powietrza. Prędko przeszła do wyjścia. Rzuciła śpiwór na podłogę, wyjęła z torby koc i przykryła się nim po czubek głowy. Kilka sekund później, nie przejmowała się ani odorem, ani zimnem wrześniowej nocy. Jej myśli błądziły zupełnie w innym świecie. Jeszcze niedawno jej się wydawało, że nie potrafi marzyć. Dzisiejsze odkrycie było zaskoczeniem. Ale też wywołało szorstkie, kanciaste, uwierające ją uczucie, To było poczucie winy. Wyłoniło się wraz z marzeniem i wwiercało się łokciem między żebra. A wszystko dlatego, że bohaterem marzeń był obcy mężczyzna, John, a nie jej synek Akram. Spóźniłeś się o tyle lat, a jednak jestem ci rada… słowa Achmatowej cisnęły się na jej usta, kiedy o piątej nad ranem łomotem w drzwi ogłoszono pobudkę.

Na co masz ochotę, zapytał, kiedy mieli się spotkać kolejny raz. To proste pytanie wprowadziło ją w stan osłupienia. Jak to? Ona, Malika, matka samotnie wychowująca dziecko, opiekująca się chorą własną matką, aktywny zawodowo chirurg szpitala rejonowego ma mieć na coś ochotę? A na co? – zapytała. No właśnie tego chciałby się dowiedzieć, odparł. John wydawał się być zaskoczony, nie mniej, niż ona, ale i rozbawiony tą sytuacją. Próbowała ukryć twarz, ale marnie jej szło. Tego wieczora zabrał ją na kolację i do kina. A na koniec musiał wszystko zepsuć. Czy odważyła się liczyć na więcej? Czy pozwoliła sobie na wiarę w to, że wreszcie jej syn będzie miał normalnego ojca? Czy była aż tak naiwna, przecież doskonale wiedziała, z jakiego powodu w ogóle do niej podszedł. Czyż nie? Teraz to i tak już nie miało najmniejszego znaczenia. On wciąż czekał na jej decyzję. A ona nic nie mówiła do czasu kiedy padły słowa o trzystu dolarach. Twoja matka musi się wykupić, prawda? – spytał. Podniosła na niego zdumiony wzrok. Jest chora, więc nie może zbierać bawełny, – kontynuował, nie zauważając rosnącej w niej furii, – zapłacę ci trzysta dolarów, oddasz im, żeby nie musiała tam jechać – skończył.

Mogła powiedzieć, że dostała prezent od losu. Mogła powiedzieć, że spadł jej z nieba. Dzięki zaoferowanym przez niego pieniądzom mogła zapłacić wykupne za chorą matkę i z nią zostawić syna, który nie musiał jak jego rówieśnicy jeszcze rok temu na kilkadziesiąt dni opuszczać szkoły, aby robić to, co każdy Uzbek robić powinien – przyczyniać się do wzbogacenia swojego kraju. Nie musiała się o nic martwić. Mogła przyjąć pieniądze, być tam, gdzie i tak być musiała. I tylko opowiedzieć o smrodzie, brudzie, marnym jedzeniu w barakach. O palącym słońcu, wietrze, wzniecającym tumany kurzu, wpadającym do oczu, normach dziennych czasem nie do wykonania, niszczących dłonie krzewach. O znęcaniu się psychicznym i zmęczeniu fizycznym. Mogła.

Przez kolejne tygodnie, codziennie wieczorem, schodząc z pola po dziesięciu godzinach pracy, ważąc worki z puchatymi kulkami, żegnała się z nim, nienawidząc samą siebie. Nocami próbowała przestać marzyć. Dniami próbowała tęsknić za synem, nie zwracając uwagi na swoją umorusaną duszę. O zmierzchu wmawiała sobie, że postąpiła słusznie. O świcie, witając nowy dzień, żegnała nadzieję na brak samotności. A przed nią roztaczał się najpiękniejszy widok w całym kraju: białe złoto.

Leave a Reply